- Negatywne podejście do codziennych spraw
#1
Był temat o prokrastynacji (powiązanej z tym co chcę napisać), ale czy był taki jak ten, nie jestem pewien.
Przykład pierwszy z brzegu - gdy trzeba wieczorem wyłączyć komputer, pójść do łazienki, umyć twarz i zęby, przebrać się do spania. A jeszcze pomyśleć, by nazajutrz w porannym pośpiechu nie zapomnieć o czymś ważnym, co można by zawczasu przygotować.
^ Gdy wyłączam tego kompa, coraz częściej zdarza mi się zwyczajnie kląć. Może nie na pełen głos (jeszcze tego by brakowało, by ktoś usłyszał i jakoś się do tego odniósł), ale jednak następuje wyraźny, słyszalny monolog przekleństw.

Nieakceptowanie faktu, że trzeba wykonać określone czynności.

Wkurzające jest każde zachwianie równowagi i każda rzecz, która wyleci mi z ręki (nie chodzi tylko o zdarzenia typu stłuczenie szklanki, chodzi przede wszystkim o każdy niezamierzony ruch, skutkujący potwierdzeniem przekonania o własnej niedoskonałości i tym, że poleci kolejne "mięsko"). Czy to gadanie samemu do siebie uspokaja? W pewnym sensie. Bardziej pasowałoby stwierdzenie: przywraca status quo.
Ale nie chodzi tylko o upuszczenie czegoś itp. - bo wśród innych atrakcji jest strzał w środku głowy pod tytułem: "Jezus Maria, robię to wszystko wolniej od przeciętnego człowieka". Powtarza się coraz częściej i nie mogę się od tego uwolnić. Wszystko jedno czego dotyczy: golenia się, przygotowywania sobie śniadania, sprzątania. Podczas porannej toalety, strzał: ktoś czeka na łazienkę (chociaż nic do mnie nie powiedział!), a ja mu blokuję. I wpadam w panikę, to co robiłem przed chwilą w miarę spokojnie, zaczynam robić w pośpiechu, mocno się stresując. I już tego tempa nie obniżam. Uspokajam się dopiero po ukończeniu danej czynności.
Gdy dostanę strzał - "o, znów zrobiłem coś nie tak" - po prostu muszę sobie zakląć. Sam do siebie.
Denerwująca stała się w zasadzie każda czynność, wymagająca ruchu bardziej skomplikowanego niż stukanie w klawisze myszki i klawiatury. Wszystko wydaje mi się trudne, żmudne, nużące. Często nawet nie samo wykonywanie tego, ale wiedza, że w niedalekiej przyszłości mnie to czeka.
I jeszcze jeden ważny aspekt, kto wie czy nie najważniejszy - niechęć do świata rzeczywistego w najbliższym otoczeniu.
Gdy zwiększyć promień okręgu, wraz z którym maleje moje uczestnictwo/wpływ na rzeczywistość - nie ma tej niechęci: piętro niżej, w sąsiednim bloku, dwie ulice dalej, w innym mieście - ktoś żyje normalnie, czyli nie tak jak ja. Ma lepiej. Z problemami (które są nieuniknione) radzi sobie dobrze, a w ogóle to procentowo przeważa u tego kogoś pozytywne podejście do życia. Jak zdarzy mu się załamka - będzie miał obok kogoś do wyżalenia się. Pójdzie na piwo z kolegą, albo porozmawia z żoną, która zrozumie. Na pewno założył rodzinę. A jak nie, to niedługo założy, bo stale ma jakieś opcje.
Co więcej - przekaz radiowy, telewizyjny, prasowy, internetowy (portale informacyjne). No, takimi codziennymi sprawami to ja się mogę zajmować! Jakie są atrakcyjne i interesujące. Jedni pracują nad ustawą, drudzy zbudowali 1 kilometr autostrady, trzeci przyjechali zza granicy i szukają gazu łupkowego. Ja to wszystko ogarniam, rozumiem. Mam poczucie błogości, spełnienia - że się interesuję, że "uczestniczę" w realnym świecie. Że wiem więcej od tych, co się nie interesują, mam nad nimi tę przewagę. Świetnie się to ogląda/słucha/czyta. Taki przekaz jest PO STOKROĆ (piszę szczerze) ciekawszy od gadających głów w moim otoczeniu (w tym mojej własnej). Wyłączam TV/radio/zamykam gazetę lub kompa - i zapominam. A potem przytłacza mnie rzeczywistość i myśl: "ja p****olę, jakie to wszystko nudne".
To co gdzieś dalej, poza moim udziałem - to ciekawe. A moje 'bagienko'? To wszystko bierze się po części stąd, że drugi człowiek to w pewnym stopniu... moje odbicie lustrzane. Np. nie odzywa się do mnie, bo ja się nie odezwałem (gdybym częściej się odzywał, lubiłby mnie bardziej). Z ubolewaniem stwierdzam fakt, że współtworzę atmosferę w miejscu, w którym się znajduję. A mam tak, że albo się na czymś skupiam, albo pleplam (i to tylko przy sprzyjającej okazji i z właściwą osobą). Znaczy - jeśli chcę dobrze wykonać pracę, której się ode mnie wymaga i za którą mi płacą - to atmosfera będzie do kitu. Przynajmniej w moim przekonaniu. Nie potrafię robić jednego i drugiego. Jeżeli czymś się zajmuję - poświęcam się temu bez reszty i nie liczy się nic innego.
A jeśli chwilowo atmosfera się polepszy, bo ktoś inny rozładował napięcie - będzie chwila, często trochę wymuszonego, ale jednak uśmiechu/śmiechu. A potem: "o cholera, to nie ja zabłysnąłem".
Co również ważne w tym temacie - obecność w pobliżu innych istot ludzkich... Clue fobii społecznej. Dlaczego polityk czy celebryta na ekranie telewizora jest 'czymś normalniejszym', zupełnie znośnym?! A osoba tuż obok, z którą wbrew pozorom wiele mnie łączy, zwyczajny człowiek - powoduje taki dyskomfort?
Bo obecność w pobliżu drugiej osoby zawsze oznacza jakąś trudność. Czynność do wykonania. Jak nie w tej chwili, to za pięć minut. Jak nie za pięć, to za godzinę. Trzeba będzie coś zrobić, coś powiedzieć. Wbrew własnym instynktom, oddać się tym codziennym sprawom.....
[Obrazek: DarthVade_ssphxhp.jpg]
Odpisz
#2
Wyjąwszy ten fragment o denerwujących czynnościach, które wydają się trudne i żmudne... podpiszę się jak zwykle pod całą resztą. Mam ją zacytować, by zwiększyć swój wkład własny?... może później wniosę jakiś aport...

Tak, przykład pierwszy z brzegu żywcem wyjęty jest z mojego plugawego zycia, tak, też mam wrażenie, zę inni żyją normalnie, pomimo problemów mają w sobie więcej skoncentrowanego optymizmu, a nawet jeśli z przeciwnościami nie radzą sobie gładko, to mogą uciec w rozmowę z narzeczoną, w seks z dziewczyną, w sok pomarańczowy z kolegami... i tak, tez nie potrafię zazwyczaj jednocześnie gadać i pracować - a poki co, do niedawna, gadac i niejednoczenie ostatni raz przerzucać notaki przed wejściem na egzamin -jeżeli nie jestem pewien, ze wszystko doskonale umiem zrobic i skończę to bez problemów i bardzo szybko (że wszystkiego sie nauczyłem i mogę radośnie słuchać pierdół o dup*e Maryny i miedzy Kwicoła)... oraz tak - w miarę ciekawe wydają sie artykuły w gazetach - choć jestem jednak zbyt tępy, ograniczony, i przymulony, by prowadzić na ich temat dyskusje na poziomie, o czym przecież skrycie marzę, jako ten zawssze lepszy od innych uczeń w podstawówce i gimnazjum.

Wystarczy? To jeszcze coś od siebie - fragment o kładzeniu się spać/wstawaniu (dorzuciłbym przygotowywanie sobie jedzenia) - spodobał mi się najbardziej.

... no dobra, to nie było nic ode mnie...
Ostatnia nadzieja w palnej broni,
Wyceluje se do lewej skroni,
Zanim strzele "raz-dwa-trzy" odlicze
I spokój mi wyjdzie na oblicze.
Odpisz
#3
Mam podobnie. są dni, że męczy mnie to mniej, są dni, że nie daję rady nerwowo z tym wszystkim.
A szczególnie to też często sobie w myślach mówię: "Jezus Maria, robię to wszystko wolniej od przeciętnego człowieka"
Większość ludzi uważam za sprytniejszych/mądrzejszych/lepiej nastawionych do życia niż ja...
Odpisz
#4
Niejednokrotnie chciałem się odnieść w jakiś sposób do rzeczy opisywanych przez autora wątku, ale cholera, ciężko    :Wystawia język:
Pewnie przez wielowątkowość, albo przez nazbyt osobisty i specyficzny charakter opisywanych problemów. Odniosę się zatem do wybranych:

shalafi napisał(a):Nieakceptowanie faktu, że trzeba wykonać określone czynności.
Tutaj podobnie, choć mam wrażenie, że ubierając to w te same słowa, mówimy o różnych rzeczach. Mnie niszczy choćby najlżejsza odmiana rutyny. Wykonywanie codziennych czynności, od których nie sposób uciec, bywa męczarnią. Najgorsze jest przygotowywanie sobie kanapek na zajęcia/do pracy. Przeklinam wtedy w duszy cały świat za to, że każe mi robić sobie kanapki. Podobnie też jest z wieczornymi prysznicami. Jestem zmęczony nauką, czy ewentualnie samym życiem, a tutaj chcąc nie chcąc trzeba się wykąpać, bo inaczej człowiek, śmierdząc, będzie się czuł jeszcze gorzej niż zazwyczaj. I tak w kółko, codziennie. Wcale też nie pomaga świadomość, że miliardy ludzi robią to samo i jakoś dają radę. To tak samo, jakby pocieszać się w swojej samotności tym, że na świecie pełno jest ludzi samotnych. No, mi bynajmniej lżej w ten sposób nie jest. Ale bełkot xd

shalafi napisał(a):(...) piętro niżej, w sąsiednim bloku, dwie ulice dalej, w innym mieście - ktoś żyje normalnie, czyli nie tak jak ja. Ma lepiej. Z problemami (które są nieuniknione) radzi sobie dobrze, a w ogóle to procentowo przeważa u tego kogoś pozytywne podejście do życia. Jak zdarzy mu się załamka - będzie miał obok kogoś do wyżalenia się. Pójdzie na piwo z kolegą, albo porozmawia z żoną, która zrozumie. Na pewno założył rodzinę. A jak nie, to niedługo założy, bo stale ma jakieś opcje.
Często w dodatku są to ludzie, którzy przecież są od nas "gorsi". Albo inaczej, nam wydawałoby się, że jesteśmy od nich w jakiś sposób "lepsi". Jedyne sensowne wytłumaczenie zjawiska, jakie mi przychodzi do głowy, to to, że jednak prawdziwym jest stwierdzenie, jakobyśmy negatywnym myśleniem przyciągali wszystko to, co najgorsze.

shalafi napisał(a):A moje 'bagienko'? To wszystko bierze się po części stąd, że drugi człowiek to w pewnym stopniu... moje odbicie lustrzane. Np. nie odzywa się do mnie, bo ja się nie odezwałem (gdybym częściej się odzywał, lubiłby mnie bardziej). Z ubolewaniem stwierdzam fakt, że współtworzę atmosferę w miejscu, w którym się znajduję. A mam tak, że albo się na czymś skupiam, albo pleplam (i to tylko przy sprzyjającej okazji i z właściwą osobą). Znaczy - jeśli chcę dobrze wykonać pracę, której się ode mnie wymaga i za którą mi płacą - to atmosfera będzie do kitu. Przynajmniej w moim przekonaniu. Nie potrafię robić jednego i drugiego. Jeżeli czymś się zajmuję - poświęcam się temu bez reszty i nie liczy się nic innego.
No tutaj złotego środka nie ma. Jeśli chcemy dobrze żyć z ludźmi, musimy z nimi gadać. Jeśli nie, będziemy ponosić konsekwencje takiego zachowania. Przy stałym miejscu pracy takie wyjście (to z rozmawianiem) wydawałoby się tym bardziej rozsądne, nieważne, jak dla nas bolesne. No, zależy też wszystko od charakteru pracy. Nie żebym sam się do swoich rad stosował, of kors. Nie dawniej jak wczoraj, po skończonej inwentaryzacji, czekaliśmy wszyscy na moment, kiedy wypuszczą nas ze sklepu. Ludzie zazwyczaj w grupkach po kilka osób, a jeśli byli sami, to tak czy siak trzymali się w pobliżu reszty. No i ja, siedzący pod ścianą, wpatrujący się sennym wzrokiem przed siebie, przynajmniej o 4 metry oddalony od reszty.
Może kogoś wspomoże - zwiarazapanbrat.blogspot.com
Odpisz
#5
Mizantrop napisał(a):nazbyt osobisty i specyficzny charakter opisywanych problemów

Czy 'nazbyt osobisty charakter' to zarzut? Nie chodzi o to, że poczułem się urażony (bo nie poczułem), tylko nie wiem jak mam to rozumieć. Czy 'nazbyt osobisty' w sensie trudny do zrozumienia dla odbiorcy, czy w sensie - nieadekwatny do poruszonego tematu? I czy 'specyficzny' w sensie 'niebywały/niespotykany'?

Robienie kanapek jest w sumie niemiłym i czasochłonnym obowiązkiem, ale nie jest jeszcze najgorsze. Do najgorszych zaliczyłbym ubieranie się. I nie wiem już, co właściwie jest w tym najgorsze - czy konieczność podejmowania decyzji w co się ubrać, czy uczucie towarzyszące zakładaniu na siebie poszczególnych części garderoby, czy fakt że ten cholerny t-shirt wyłazi ze spodni albo wystaje spod kołnierza, czy ślady łupieżu, a nie daj Boże jakieś plamy.
Prysznic akurat biorę w godzinach porannych, bo wieczorem jestem po nim zbyt pobudzony. A w nawiązaniu - przeklinam gdy w danym miejscu mam dostępną jedynie wannę, a brak natrysku. W odróżnieniu od innych, różnych czynności - w kąpieli preferuję pozycję stojącą  :Stare - Uśmiecha się i puszcza oko: A samej kąpieli nie zaliczam do tych 'ciężkich' czynności.
Generalnie męczy/irytuje/złości mnie świadomość zasady: gdy położę długopis na biurku w określony sposób, będzie tam tak leżał, niezmiennie, w takiej samej pozycji, do momentu aż ponownie nie wezmę go do ręki. Dla mnie - dobry przykład na to, że jesteśmy kowalami swojego losu. Choć zasada ta ulega zmianie, gdy ma się partnerkę i prowadzi wspólne gospodarstwo domowe. Bo mieszkania z rodzicami nie liczę (nie chcę o tym pisać w tej chwili).

Cytat:Jedyne sensowne wytłumaczenie zjawiska, jakie mi przychodzi do głowy, to to, że jednak prawdziwym jest stwierdzenie, jakobyśmy negatywnym myśleniem przyciągali wszystko to, co najgorsze.

Coś w tym jest, choć w miejscu słowa najgorsze użyłbym: najnudniejsze. Nasze życie wygląda tak jak wygląda, my sami nic z tym nie robimy, a inni ludzie nam w tym nie pomagają, bo... my im w tym nie pomagamy. Paradoks. Bo gdy pomagają (np. zagadują), nie traktujemy tego jak pomoc, tylko coś uciążliwego/natrętnego.
To, jak my sami życzylibyśmy sobie, by wyglądało nasze życie, dla reszty świata nie ma znaczenia, jeśli my nie liczymy się w tym świecie - nie dokonaliśmy czegoś na rzecz lokalnej lub większej społeczności itp.

Cytat:Jeśli chcemy dobrze żyć z ludźmi, musimy z nimi gadać. Jeśli nie, będziemy ponosić konsekwencje takiego zachowania.

Można powiedzieć, że opiera się to u mnie na trzech filarach (choć nie wiem, czy filar to odpowiednie słowo, bo używa się go przeważnie w pozytywnym znaczeniu) - pustka w głowie, jąkanie, logofobia. Na przykład teraz, siedzę z dziewczyną w biurze sam na sam w jednym pokoju, bo reszta gdzieś poszła. Dla mnie najlepsza okazja by pogadać. Tylko cholera nie ma o czym! Próbuję wymyślić temat i nie potrafię. Ileż razy można powiedzieć: "co tam u ciebie?", "ale dziś pada" itp.? Dla mnie to głupie, jeżeli każdorazowo rozmowa tylko takich rzeczy ma dotyczyć.
Gdy zacznie ktoś inny - nie ma problemu, odniosę się do jego/jej wypowiedzi. Jestem nastawiony na odbiór, nie na działanie/inicjowanie (albo jestem za głupi na wymyślanie tematów do rozmów). Z natury. Nie wiem, czy kiedyś to się zmieni. Chyba gdy podejmę się jakiegoś morderczego treningu.

Cytat:Ludzie zazwyczaj w grupkach po kilka osób, a jeśli byli sami, to tak czy siak trzymali się w pobliżu reszty. No i ja, siedzący pod ścianą, wpatrujący się sennym wzrokiem przed siebie, przynajmniej o 4 metry oddalony od reszty.

W takich sytuacjach podchodzę do grupki. Nawet jeśli przewiduję, że będę miał gówno do powiedzenia. Przynajmniej posłucham reszty. Nienawidzę gdy gdzieś w pobliżu bez mojego udziału odbywa się ciekawa, towarzyska rozmowa, a ja tonę w swoich fajnych myślach.

Cytat:Ale bełkot xd

Dlaczego? Moim zdaniem warto o tym podyskutować. A gdyby komuś coś się nie spodobało, niech znajdzie sobie 'lepszy' temat ;]
[Obrazek: DarthVade_ssphxhp.jpg]
Odpisz
#6
shalafi napisał(a):Czy 'nazbyt osobisty charakter' to zarzut? Nie chodzi o to, że poczułem się urażony (bo nie poczułem), tylko nie wiem jak mam to rozumieć. Czy 'nazbyt osobisty' w sensie trudny do zrozumienia dla odbiorcy, czy w sensie - nieadekwatny do poruszonego tematu? I czy 'specyficzny' w sensie 'niebywały/niespotykany'?
Czy zarzut? Skąd. Taki już po prostu urok tego posta i próbowałem chyba się tym usprawiedliwić, tłumacząc jednocześnie co może być powodem tylu wyświetleń, a tak niewielu odpowiedzi    :Wystawia język: Choć to moja subiektywna opinia. Inaczej ujmując w słowa to co napisałem - post najeżony był skrótami myślowymi (z czym, szczególnie w mowie często sam mam problem), bardzo osobistymi i dokładnymi przykładami (trudno to opisać, ale odniosłem wrażenie, że osoba, która nie doświadcza czegoś identycznego jak Ty, będzie miała trudności z odniesieniem się do opisywanych zagadnień) i ich mnogością (też mnogością w podejmowanych wątkach), przez co sam miałem problem ze skomentowaniem posta jako całości, musiałem na kawałki go rozbierać. Jeśli to znowu brzmi jak jakiś zarzut czy pretensje, wybacz, nic takiego na myśli nie mam.

shalafi napisał(a):Do najgorszych zaliczyłbym ubieranie się.
Z tym rozprawiłem się w w ten sposób, że mam parę zestawień ubrań i rzadko kiedy zmieniam konfigurację. Dodatkowo, jak się sam na tym nieraz łapię, podświadomie jakoś wybieram sobie dany zestaw na jakiś konkretny dzień tygodnia i np. za tydzień w środę najprawdopodobniej założę na siebie to samo, co mam dzisiaj. Z wadami i zaletami każdej konfiguracji też jestem mniej więcej obeznany, więc wiem, w której mogę spodziewać się wystającej koszuli i ryzyko przykrych niespodzianek maleje    :Wystawia język:

shalafi napisał(a):Generalnie męczy/irytuje/złości mnie świadomość zasady: gdy położę długopis na biurku w określony sposób, będzie tam tak leżał, niezmiennie, w takiej samej pozycji, do momentu aż ponownie nie wezmę go do ręki.
No tutaj na przykład, jak na początku pisałem. Dla mnie zjawisko zupełnie niepojęte więc choćbym chciał się odnieść, nie mam jak    :Wystawia język: Masz tak ze wszystkimi przedmiotami codziennego użytku? I co konkretnie Cię denerwuje w tym, że będzie on leżał w ten sam sposób?

Cytat:Coś w tym jest, choć w miejscu słowa najgorsze użyłbym: najnudniejsze. Nasze życie wygląda tak jak wygląda, my sami nic z tym nie robimy, a inni ludzie nam w tym nie pomagają, bo... my im w tym nie pomagamy. Paradoks. Bo gdy pomagają (np. zagadują), nie traktujemy tego jak pomoc, tylko coś uciążliwego/natrętnego.
Tutaj staram się zmienić tok myślenia, świadomie karcąc się za każdą myśl w stylu "a co mnie to ku*wa obchodzi?" w reakcji na czyjąś relację z pobytu w centrum handlowym. Także no, próbuję docenić jednak ten gest dobrej woli, czyli nawiązanie rozmowy ze mną. Staram się też ze wszystkich sił kontynuować wątek i zadawać jakieś pytania do tematu, jakkolwiek nudne i trywialne by nie były. A, staram się też (uwielbiam tę zbitkę słów) autentycznie zainteresować się tym, co mówią do mnie inni i doszukać się jednak w tym czegoś ciekawego. To już taki akt dobrej woli tym razem z mojej strony, żeby obopólnie było.

Cytat:Gdy zacznie ktoś inny - nie ma problemu, odniosę się do jego/jej wypowiedzi. Jestem nastawiony na odbiór, nie na działanie/inicjowanie (albo jestem za głupi na wymyślanie tematów do rozmów). Z natury. Nie wiem, czy kiedyś to się zmieni. Chyba gdy podejmę się jakiegoś morderczego treningu.
Z tym niestety chyba trzeba się urodzić. Ale kto wie, odpowiednie przygotowanie też wydawałoby się, że efekty może przynieść. Potrafisz się odnieść do wszystkich, a przynajmniej do zdecydowanej większości wątków? To i tak nie jest źle. Ja często niestety muszę ograniczyć się do kiwnięcia głową i uśmiechu, bo nie wiem co powiedzieć. Ale to często spowodowane jest po prostu niewystarczającą wiedzą czy obyciem.
Kiedyś, miałem może z 18 lat, dorosły facet próbował zagadać do mnie w kolejce do lekarza. Nie pamiętam już o czym gadał, ale po 3 próbach rozruszania mnie różnymi tematami (przy czym każdą kwitowałem uśmiechem i skinięciem głowy), dał się facet na spokój    :Wystawia język:

A jeśli o wymyślanie chodzi, żeby jakimś frazesem zarzucić, ludzie chyba najbardziej cenią sobie naturalność. Sprawia, że rozmówca staje się nam w jakiś sposób bliższy. Z tym tylko, że można przesadzić, bo nie wiadomo na kogo się trafi. Kumpel np. dość często stwierdza publicznie, że srać mu się chce xd Ludzie zazwyczaj się śmieją, ale czasem można trafić na kogoś, kto się zaśmiać nie będzie w stanie. Dwa, że nie warto poruszać często poruszać tematów zbyt ambitnych, ale to z wiadomych względów.

Cytat:W takich sytuacjach podchodzę do grupki. Nawet jeśli przewiduję, że będę miał gówno do powiedzenia. Przynajmniej posłucham reszty. Nienawidzę gdy gdzieś w pobliżu bez mojego udziału odbywa się ciekawa, towarzyska rozmowa, a ja tonę w swoich fajnych myślach.
Z reguły też. Uczę się tego, o czym i w jaki sposób ludzie gadają. Ale że ostatnio moje aspołeczne nastroje nasilają się, zareagowałem tak, jak zareagowałem.

Cytat:Dlaczego? Moim zdaniem warto o tym podyskutować. A gdyby komuś coś się nie spodobało, niech znajdzie sobie 'lepszy' temat ;]

Niech będzie. Amen    :Wystawia język: Choć ja często mam opory przed ujawnianiem swoich takich właśnie bardzo osobistych refleksji na dany temat. Między innymi dlatego, że ktoś może uznać je za kretyńskie, albo ja sam je za takie uznam, kiedy już je obiorę w słowa.
Może kogoś wspomoże - zwiarazapanbrat.blogspot.com
Odpisz
#7
Ja przeczytalam, (chyba zrozumialam) co chciales wyrazic ale nie znalazlam problemu. Tak masz i juz, Ty sie ciesz, ze masz samoswiadomosc na takim poziomie. To co pisales o "niechceniu" - dla mnie luzik. Klne jak szewc bardzo czesto bo mi nie wychodzi...no i co z tego. Nie chce mi sie wykonywac pewnych codziennych czynnosci rowniez. Wiesz co? Mam RZS - choroba stawow z autoagresji, mi to dopiero te szklanki z rak leca. To tak na marginesie. Czesto jest tak, ze mi sie gotowac nie chce ale wiem, ze powinnam ale wolalabym nie. Wstac sobie rano (zazwyczaj to wstaje w poludnie) i zaczac malowac ale nie moge bo musze ugotowac...to znaczy nie musze...ale ta swiadomosc, ze powinnam. Sama sobie ja stwarzam. To jest niefajne. Tylko, ze jak zaczne malowac to sie wylaczam na tydzien i mnie praktycznie nie ma poki nie skoncze. Lubie ten stan i powiem Ci od serca nie nawidze tego poczucia, ze musze zrobic cos innego...jestem zaangazowana w moja prace do tego stoonia, ze mnie bardzo irytuja codzienne czynnosci...bardzo...nienawidze ich wtedy...sa jak wrzod na dup*e. Jak ty masz tak na codzien to ja to rozumiem tak, ze sie pierdolami Twoja glowa nie chce zajmowac bo to sa pierdoly. W moim mniemaniu to Twoja psychika potrzebuje odzywki. Tak to sobie "wydummalam" w mojej malej glowce. Prawdopodobnie jestes stworzony do "wyrzszych celow" i nudza cie te codzienne czynnosci. Bo one sa nudne. Ja je wykonuje bo bardziej lubie pozadek niz balagan. Uwielbiam jesc, i lubie dobrze zjesc. Dlatego bardzo czesto gotuje. To z potrzeby wyobrazni kubkow smakowych jedynie...ale jezeli ma to byc gotowanie bo trzeba (w tym moim rozumieniu) to nienawidze...robienie czegokolwiek bo tak trzeba jest okroopne, zazwyczaj nudne...zbyt nudne.
Odpisz
#8
Twoje inne, rozne wypowiedzi, przemyslenia sa dla mnie bliskie. Chyba Cie rozumiem.
Odpisz
#9
@ KASIA

Czy jest problem? Hm. I jest, i go nie ma. Na pewno jest w mojej głowie. Nadmiar negatywnych myśli związanych z codziennymi czynnościami. Ale niby nic złego się nie dzieje, człowiek jako tako funkcjonuje. Tak jak ktoś napisał, to przez to że nie następują w międzyczasie przeżycia pozytywne (tzn. są, ale w bardzo małych ilościach). A przeżycia pozytywne są nierozerwalnie związane z byciem 'normalnie' uspołecznionym, ja taki nie jestem i koło się zamyka.
Nie widzę możliwości pozytywnego myślenia na co dzień, w znaczeniu: "jakie to wspaniałe, że znów zadzwoni budzik, wstanę, przygotuję się do wyjścia, pójdę do pracy, a tam z ochotą będę służyć innym". To byłoby sztuczne i nie stałbym się przez to szczęśliwszy.
Zgadzam się (choć nie chcę zabrzmieć nieskromnie), że mam wysoką samoświadomość; usłyszałem już kilka razy w życiu, że potrafię nazywać swoje problemy. Żeby tylko jeszcze coś z tego wynikało.
Współczuję Twojego schorzenia (stawów), musi cholernie utrudniać życie.. U mnie to jakby słaba 'przyczepność' palców. A może to problem neurologiczny. Formułując temat zwięźle - na sapera bym się nie nadawał. Na elektronika też zresztą nie.

Również nienawidzę świadomości, że muszę/powinienem coś zrobić. Najgorsze że sam umieszczam sobie taką płytę w szafie grającej (mózgu).
Muszę w przyszłym tygodniu wysprzątać mieszkanie, bo wpisałem się na ten tydzień w grafiku. W związku z tym, w tygodniu poprzedzającym muszę się tym co jakiś czas zadręczać (najbardziej nie samą pracą, tylko tym, że ktoś może mnie wtedy obserwować i wygłosić opinię). Choćbym nie wiem z jaką pedanterią do tego podszedł, potem i tak będą dręczyć mnie myśli, że zrobiłem byle jak (bo np. ktoś inny w miejscu gdzie sprzątałem znajdzie jakiś paproch).
Muszę zrobić sobie obiad, choćbym nie czuł specjalnego głodu. Muszę. Jeden ciepły posiłek w ciągu dnia trzeba zjeść. Jak nie wstanę, nie powyciągam składników i nie postoję chwilę przy kuchence, to nie zjem.
Takie szczeniackie podejście do obowiązków. Niedojrzałość?

"Jak ty masz tak na codzien to ja to rozumiem tak, ze sie pierdolami Twoja glowa nie chce zajmowac bo to sa pierdoly."
Dokładnie tak. Podobne frazy powtarzam sobie codziennie jak mantrę.

Stworzony do "wyższych celów" - dobrze że ujęłaś to w cudzysłów. Bo tym celem jest chyba tylko życie w jakiejś utopii, w towarzystwie kochającej dziewczyny, w otoczeniu przyjaciół, z majątkiem ziemskim, szybkim samochodem, ugruntowaną pozycją zawodową (i jednocześnie lekką pracą), oszałamiającymi dochodami,... Żeby mieć i robić to co się chce, trzeba sobie wpierw na to zarobić. A żeby zarobić, trzeba zap****alać. Aaa, jeszcze trzeba mieć farta i trafić w dobre miejsce, do dobrej firmy, w dobre otoczenie...
Masz rację, te czynności są nudne. Na tym polega problem. I na tym, że nie potrafię sam sobie ubarwić życia, tak konsekwentnie, na stałe.

Z ciekawości, co malujesz?


@ Mizantrop

Co do skrótów myślowych - ja tego nie zauważyłem, ale wierzę Ci, że tak to wygląda. Taki mam najwyraźniej styl pisania   :Uśmiecha się i puszcza oko: Gdy coś jest dla kogoś niejasne, zawsze mogę wyjaśnić.

Cytat:No tutaj na przykład, jak na początku pisałem. Dla mnie zjawisko zupełnie niepojęte więc choćbym chciał się odnieść, nie mam jak Masz tak ze wszystkimi przedmiotami codziennego użytku? I co konkretnie Cię denerwuje w tym, że będzie on leżał w ten sam sposób?

Z długopisem to było uogólnienie, w jego miejscu może być dowolna rzecz. Inny przykład to: bałagan na (niewielkim) biurku, gdy chcę postawić laptopa, warstwa kurzu, gdy wiem że będę musiał posprzątać, bo nikt za mnie tego nie zrobi. Gdy wracam z zakupów i wkładam rzeczy do lodówki, zaglądając do tej lodówki w późniejszym czasie w poszukiwaniu czegoś do jedzenia - będzie tam tylko to, co do niej włożyłem. Brzmi banalnie, jeśli nie głupio, ale to w pewien sposób fascynujące. Pisałem, że mnie to męczy/irytuje? To teraz sprostowanie - to zależy. Bo samodzielność ma oczywiście swoje zalety - kontrola nad własnym życiem, satysfakcja że 'tymi ręcami' coś się dokonało. M.in. dlatego nie lubię prosić innych o pomoc.

Cytat:Tutaj staram się zmienić tok myślenia, świadomie karcąc się za każdą myśl w stylu "a co mnie to ku*wa obchodzi?" w reakcji na czyjąś relację z pobytu w centrum handlowym.

Skąd ja znam te myśli. Współpracownica opowiada o występie kilkuletniego wnuczka z okazji dnia babci i pokazuje zdjęcia - "a co mnie to obchodzi, skoro ja nie mam jeszcze żony ani dzieci, do czego mi się ta opowieść w moim życiu przyda?". Słyszę jak jedna pracownica prawi drugiej komplement "jak pięknie w tym wyglądasz", a u mnie "no i co z tego, to tylko ubranie, są ciekawsze rzeczy na świecie, nie interesuję się modą". Już nie wspominam o potoku słów na temat spraw służbowych, którego wysłuchuję 8 godzin na dobę i do którego nie sposób się włączyć, by mądrze zabrzmiało i stanowiło jakąś wartość dodaną (mam samodzielne stanowisko pracy).

Ale po stokroć wolę, gdy ktoś zaczyna opowiadać o sobie, na przykład o pobycie w centrum handlowym, niż gdyby miał zapytać: "co tam u ciebie?" albo coś jeszcze gorszego.
Gdy ktoś mówi o sobie, jestem de facto zwolniony z myślenia. I wiem do czego się odnieść, co sprzyja podtrzymaniu rozmowy.
Najgorsze jest, gdy czuję że to ja powinienem przełamać krępującą ciszę i nie mam na to pomysłu. Albo gdy ktoś zainteresuje się moimi sprawami. "No, ok, tylko co w tym ciekawego? U mnie wszystko w porządku, ale jakie to ma znaczenie, skoro jest tyle ciekawszych spraw na świecie? O mnie nie warto rozmawiać". Nie umiem i nie lubię rozmawiać o sobie. A to niestety pożądana umiejętność. To już wolę spotkania z ciekawymi ludźmi (przy małym ryzyku, że to ja w pewnym momencie mogę znaleźć się w centrum uwagi).

Próbuję jednak interesować się sprawami innych, czasem zagadywać - tylko to jest po prostu cholernie trudne.

Cytat:Z tym niestety chyba trzeba się urodzić

No nie wiem. Mówi się, że asertywność to umiejętność nabyta.

Cytat:Potrafisz się odnieść do wszystkich, a przynajmniej do zdecydowanej większości wątków?

No nie, na pewno nie do wszystkich, zależy o czym jest mowa, czy czuję się mocny w temacie. Również nienawidzę sytuacji, gdy ktoś próbuje nawiązać rozmowę ze mną, w sobie znajomym temacie, licząc że trafił na godnego rozmówcę, a mnie stać tylko na żałosne mhmowanie. Życzyłbym sobie, by wszystkie moje rozmowy z ludźmi wyglądały tak, że druga strona ma trochę więcej do powiedzenia niż ja, ale daje mi dojść do głosu i słucha, gdy ja mówię. Niestety, najczęściej tak różowo to nie wygląda. Czasem się tym po prostu brzydzę.

Cytat:Kumpel np. dość często stwierdza publicznie, że srać mu się chce xd

I tacy są właśnie bardziej lubiani. U mnie na korytarzu cyklicznie leci soczysta "ku*wa!", co wzbudza salwę śmiechu i opinie w stylu: "ale z tym Pawełkiem mamy wesoło, taki pozytywny element każdego dnia; co by to było, gdyby go nie było...".

A gdybym to ja chciał sobie tak ulżyć (na co często mam ochotę)? Nie, nie pozwala mi na to instynkt samozachowawczy. "Przecież są tu kobiety, a jedna dużo starsza, nie wypada". Choć pracując w męskim towarzystwie - przyznaję - nie miałbym takich oporów.

Cytat:Uczę się tego, o czym i w jaki sposób ludzie gadają.

Chciałbym umieć z każdej rozmowy, choćby nie wiem jak trywialnej, wyciągnąć coś nowego, dla siebie, dowiedzieć się czegoś, nauczyć. Nie mam jednak dobrej pamięci do treści rozmów, mimo że jest ich przecież w moim życiu niewiele.
Z drugiej strony, staram się nie traktować sposobu w jaki ludzie mówią, jako wzoru do naśladowania (chyba że kogoś konkretnego uważam za osobę wyjątkową, na której chcę się wzorować). Traktuję to w kategoriach poznawczych. Nie chcę świadomie przejmować wzorców, chyba że uznam jakieś za dobre dla siebie. Dążę raczej do tego, by nie rezygnując ze swojego charakteru, umieć lepiej żyć z ludźmi.
[Obrazek: DarthVade_ssphxhp.jpg]
Odpisz
#10
shalafi napisał(a):Co do skrótów myślowych - ja tego nie zauważyłem, ale wierzę Ci, że tak to wygląda. Taki mam najwyraźniej styl pisania   :Uśmiecha się i puszcza oko: Gdy coś jest dla kogoś niejasne, zawsze mogę wyjaśnić.
Ech, znowu nienajfortunniej to określiłem. Zamiast skrótów myślowych, powinienem pewnie był użyć sformułowania w stylu jakichś mapek, czy ścieżek mentalnych, które są Tobie bliskie i klarowne i znasz je jak własną kieszeń, a niekoniecznie muszą być takie dla odbiorcy. Z tym, że czasem łatwo zapomnieć o tym ostatnim i pojawiają się nieporozumienia.
No i wiesz, tak to wałkujemy, a może to tylko ja takie wrażenie odnoszę, bo Kasia raczej problemów nie miała    :Wystawia język:

shalafi napisał(a):Nie widzę możliwości pozytywnego myślenia na co dzień, w znaczeniu: "jakie to wspaniałe, że znów zadzwoni budzik, wstanę, przygotuję się do wyjścia, pójdę do pracy, a tam z ochotą będę służyć innym". To byłoby sztuczne i nie stałbym się przez to szczęśliwszy.
Łeh. Też, to samo. Tutaj chyba chodzi o to, żeby autentycznie uwierzyć, że w tym jest coś pozytywnego, tak jak ja, wyżej opisując, staram się interesować tymi pierdołami, które ludzie wygadują. Ale to już z trzeźwym umysłem wydaje mi się niemożliwe.

shalafi napisał(a):Muszę zrobić sobie obiad, choćbym nie czuł specjalnego głodu. Muszę. Jeden ciepły posiłek w ciągu dnia trzeba zjeść. Jak nie wstanę, nie powyciągam składników i nie postoję chwilę przy kuchence, to nie zjem.
Takie szczeniackie podejście do obowiązków. Niedojrzałość?
Cholera no, z tym obiadem to też paskudztwo. Kumpel z kolei, o którym wspomniałem wyżej "oszukuje" system i któregoś razu po prostu stwierdził, że nie robi obiadów, bo nie czuje takiej potrzeby. Niby nic takiego, ale oniemiałem na moment. Jakie to proste. Choć ja takowej raczej podjąć nie będę w stanie    :Uśmiecha się pogodnie:
Propo niedojrzałości, pewnie coś w tym jest. To tak, jak zakładanie, że nie potrzeba nam pracy, tylko pieniędzy. I wiecie co? Chyba się pod tym podpiszę. Rzygam każdą powtarzalną pracą, ale pieniędzy to by się chciało, jak wszystkim.

shalafi napisał(a):Masz rację, te czynności są nudne. Na tym polega problem. I na tym, że nie potrafię sam sobie ubarwić życia, tak konsekwentnie, na stałe.
Mnie prześladuje przekonanie, że nieważne co bym miał wymyślić, momentalnie mi się to znudzi, stanie się rutyną i będę traktował to na tym samym poziomie co golenie się, prysznic itd. Idąc tym tokiem myślenia, spełnienia nigdy nie osiągnę. No i pojawia się pytanie, czy wszyscy ludzie, którym się powodzi lepiej niż mnie, myślą w ten sposób, dobrze się maskując, czy po prostu ja jestem takim wiecznym malkontentem?

shalafi napisał(a):No nie wiem. Mówi się, że asertywność to umiejętność nabyta.
To my mówiliśmy o asertywności ?   :Wystawia język: Aż sprawdziłem na wiki definicję i faktycznie, ciut zbyt wąsko ją rozumiałem.
Ja myślałem raczej o takiej umiejętności gadania o wszystkim, z każdym i w każdej sytuacji, bez żadnego wysiłku i krępacji. Ba, wręcz widząc w tym przyjemność. Choć no, przy jakimś profesjonalnym treningu pewnie i tego by się dało nauczyć.

shalafi napisał(a):Chciałbym umieć z każdej rozmowy, choćby nie wiem jak trywialnej, wyciągnąć coś nowego, dla siebie, dowiedzieć się czegoś, nauczyć. Nie mam jednak dobrej pamięci do treści rozmów, mimo że jest ich przecież w moim życiu niewiele.
(...)
Dążę raczej do tego, by nie rezygnując ze swojego charakteru, umieć lepiej żyć z ludźmi.
Tzn. tutaj chyba nie chodzi o zapamiętywanie tego, o czym mówią, a o to w jaki sposób. Z moich obserwacji wynika, że w takich sytuacjach najbardziej uniwersalnym środkiem jest taka humorystyczna spontaniczność. Coś, czego ni cholery nie posiadam. Nie mam pojęcia jak ludzie błyskawicznie niemal reagują na takie chamsko-żartobliwe zaczepki w grupach i mówią coś, z czego wszyscy serdecznie się śmieją.
Najlepszym przykładem z mojego życia są takie zjazdy rodzinne przy jednym stole. Wszyscy siedzą szczęśliwi i wreszcie ktoś z drugiego końca stołu zagaja, oczekując właśnie jakiegoś żartu z mojej strony. Żart ze swojej strony zapewniam, ale jakoś nigdy nikomu wtedy nie do śmiechu. Dumam wtedy czy moje odzywki są zbyt skomplikowane, czy po prostu nieśmieszne.
Zmiana charakteru nie wydaje się być konieczna. Tzn. oczywiście zależy, jaki on jest i do jakiego stopnia przeszkadza nam sam charakter. Mój, jak napisałem, problem przede wszystkim stanowi ten brak spontaniczności i często braki wiedzowe czy opinii na jakiś temat.

KASIA8844 napisał(a):Jak ty masz tak na codzien to ja to rozumiem tak, ze sie pierdolami Twoja glowa nie chce zajmowac bo to sa pierdoly. W moim mniemaniu to Twoja psychika potrzebuje odzywki.
Ja w tej, jak i wielu innych kwestiach, mam bardzo mieszane uczucia. Wręcz na przeciwległych biegunach. Z jednej strony pragnę stałych przygód i nowości, coby mnie życie nie nudziło i nie denerwowało, ale z drugiej zdaję sobie sprawę, że nie mam na tyle górnolotnego umysłu, który byłby w stanie to wszystko ogarnąć i się tym cieszyć.
Może kogoś wspomoże - zwiarazapanbrat.blogspot.com
Odpisz
#11
Mapki czy ścieżki mentalne? Być może, choć w tej sytuacji nie zwróciłem na to w ogóle uwagi (nie określiłbym tego w ten sposób). Ale przecież nie jestem wyrocznią. Ty i ja mamy odmienną wiedzę, doświadczenie itp., i naturalne, że inaczej postrzegamy/rozumiemy    :Uśmiecha się: Jak wszyscy.

Hm, uwierzyć, że codzienne rutynowe czynności są pozytywne? Pewnie da się to zrobić. Ja jednak wolałbym ograniczyć ich wpływ na moje samopoczucie do minimum, a poszukać czegoś nowego, dzięki czemu moje życie stałoby się ciekawsze. Zapisać się gdzieś, znaleźć hobby... dziewczynę...    :Uśmiecha się puszczając oko:

Praca - z jednej strony chciałoby się, by była ciekawsza (nie powtarzalna) - ale broń Boże by było więcej do roboty niż do tej pory    :Wystawia język: (i jeszcze za tę samą kasę)
Miałem kiedyś sytuację, że wykryłem błąd jednej z pracownic i nieopatrznie pochwaliłem się tym u mnie w dziale (jeszcze z taką niecodzienną pewnością siebie i uśmiechem na ustach, jakbym właśnie powiedział dobry żart). W odpowiedzi, koleżanka zaczęła drążyć temat, a następnie włączyła do rozmowy moją szefową, pytając ją o zdanie. Szefowa stwierdziła krótko "no ona ma to zrobić!" (o tej pracownicy), co oznaczało tyle, że ja mam się zająć dopilnowaniem tego, by to zrobiła. Gdybym na samym początku trzymał język za zębami, miałbym spokój, a tak dołożyłem sobie dodatkowej roboty, mimo że nie było to absolutnie konieczne.

Właściwie to chcę pracować, mając pewność siebie w tym co robię, bo służąc innym czuję, że ma to sens, nie nudzę się. Ale wczesne wstawanie i konieczność spędzenia większości dnia w biurze bez względu na to czy coś się dzieje czy nie, to gorzka piguła do przełknięcia.

Cytat:Mnie prześladuje przekonanie, że nieważne co bym miał wymyślić, momentalnie mi się to znudzi, stanie się rutyną
Ech, podpisuję się pod tym.

Co do asertywności, nie pisaliśmy o tym wprost, ale jest ściśle powiązana z umiejętnością nieskrępowanej rozmowy. Choć w rozmowie można też być agresywnym i wtedy mówimy już o czym innym. Ale jako rozmowę, z tego co sam doświadczam przebywając z ludźmi, ja zawsze widzę taką zwyczajną wymianę myśli, a sytuacje jawnie konfliktowe są rzadkością (bo nie mam na myśli zwykłych nieporozumień czy drobnych sporów). Z ciekawości - też tak masz, że gdy w pobliżu rozgrywa się jakiś konflikt (w który nie jesteś zaangażowany) - uważasz to za coś wyjątkowo ciekawego, w duchu domagasz się jego eskalacji, zastanawiasz się czy adwersarze nie przejdą za chwilę do rękoczynów, chętnie byś to zobaczył? Nie dalej jak wczoraj do biura przyszła była pracownica (kobieta już starsza, straszna zołza) z roszczeniami finansowymi i oświadczyła, że nie ruszy się z miejsca, dopóki ktoś się nią nie zajmie i nie da jej tego czego chce. Na nic zdały się tłumaczenia, że trafiła do niewłaściwego pokoju, w którym ponadto są dwie nowe, niezorientowane jeszcze w temacie pracownice ("no jasne, wszyscy są nowi, kierują mnie od pokoju do pokoju, a ja mam już dość!"). Uparta jak osioł, domagała się podjęcia działania - doszło do przepychanek słownych, w tym z byłą przełożoną, która wtargnęła do naszego pokoju i interweniowała, próbując wyciągnąć kobietę na zewnątrz, by dała nam wszystkim spokój.
Nie jest to szlachetne, ale w takich sytuacjach czuję swoistą satysfakcję - dzieje się coś niecodziennego, ekscytującego, chciałbym by to trwało - oczywiście nie życzę, by ktoś komuś zrobił krzywdę, ale lubię posłuchać jak na siebie wrzeszczą.
No ale to taki wątek poboczny    :Uśmiecha się puszczając oko:
[Obrazek: DarthVade_ssphxhp.jpg]
Odpisz
#12
Oj, jak mnie kiedyś irytowały rozmowy o pogodzie... Też uważałam je za nudne i głupie, takie tam, gadanie dla samego gadania. No ale sorry, o takiej 8 rano nikt nie będzie ze mną żywiołowo rozprawiał na temat starożytnej filozofii czy malarstwa impresjonistycznego. Chyba że praca miałaby powyższych dziedzin dotyczyć, to wtedy jak najbardziej.

Nie namawiam, żeby wiecznie dyskutować o pogodzie    :Uśmiecha się szeroko: (zresztą, jak ludzie będą nadawać na podobnych falach, to pogoda będzie tylko dodatkiem), ale też nie buntuję się już tak bardzo przeciwko takim rozmowom; chcąc nie chcąc, jest to część naszego marnego żywota i składowa komunikacji z innymi ludźmi. A bunt przeciw temu nie tylko nie wpłynie na dowartościowanie się, ale jeszcze pogorszy frustrację.

A rutyna? Cóż, obawiam się, że bez odrobiny rutyny inne rozrywki, jak np. hobby, nie będą nam sprawiały dostatecznej przyjemności.
Odpisz
#13
Tylko gdy masz np. zdanie o słońcu takie jak shallafi gdzie tu ostatnio wyraził, ja skwapliwie potwierdziłem, albo zdanie an temat ulubionej pory roku takei jak ja - to ni chu*a nie pogadasz o pogodzie z normalnymi ludźmi.

Poza tym, ja rozumiem że pogoda to ten nieśmiertelny przykład, ale szczególnie meni wk***a, bo ja nie potrafię przekonujaco, i choc odrobinę nie sztucznie, a naturlanei gadać o tym, zę "tak strasznie pada i takie są kałuże i...". Mogę rzucić jedno zdanie, i to nie zawsze. Więcej powoduje grymas i przewracanie oczami. O ile jednak powiesz, ze o pogodzie i tak więcej się nie da, to na wiele innych przyziemnych tematów ludzie potrafią paplać i paplać, a ja mam to zwyczajnie w nosie, że ten był tu, kupił to albo zepsuło mu się śmo. To moze mnie interesować jeli jestem z kimś naprawdę blisko, ablo bardzo go lubię... ale takie paplanie zwykle odbywa sie z zupełnie innymi osobami.
Ostatnia nadzieja w palnej broni,
Wyceluje se do lewej skroni,
Zanim strzele "raz-dwa-trzy" odlicze
I spokój mi wyjdzie na oblicze.
Odpisz
#14
Macie coś do słońca?   :Wystawia język:

Jeżeli pijesz do 'odmienności poglądów', to ja akurat mam całkiem inne zdanie od większości społeczeństwa, tzn. nie cierpię upałów i lubię mrozy, znajomi z pracy o tym wiedzą i choć może faktycznie nie ponarzekamy sobie wspólnie i nie złączymy się w naszym Polactwie, to nie przeszkadza to specjalnie w radosnym pleplaniu o aktualnej aurze (powiedziałabym nawet, że czasem je ubarwia).

Jeżeli chodzi o paplanie o pierdołach, to tutaj chyba najlepiej kierować się egoistycznymi pobudkami: ty mi powiesz o zepsutym kranie, a ja o wczorajszej aferze w spożywczaku. Nawet jeżeli nie wysłuchamy uważnie całej historii, to zazwyczaj jednak jakaś reakcja z tej drugiej strony nastąpi. A że mamy potrzebę gadania o takich pierdołach, świadczy choćby duża popularność na forum wątków: 'Jak się dzisiaj czujecie?' oraz 'Co dziś robiliście'. Myślę, że żeby słuchać o takich rzeczach, nie trzeba danej osoby jakoś wyjątkowo lubić, a starczy darzyć sympatią.
Odpisz
#15
Macie coś do słońca?   :Wystawia język:

Jeżeli pijesz do 'odmienności poglądów', to ja akurat mam całkiem inne zdanie od większości społeczeństwa, tzn. nie cierpię upałów i lubię mrozy, znajomi z pracy o tym wiedzą i choć może faktycznie nie ponarzekamy sobie wspólnie i nie złączymy się w naszym Polactwie, to nie przeszkadza to specjalnie w radosnym pleplaniu o aktualnej aurze (powiedziałabym nawet, że czasem je ubarwia).

Jeżeli chodzi o paplanie o pierdołach, to tutaj chyba najlepiej kierować się egoistycznymi pobudkami: ty mi powiesz o zepsutym kranie, a ja o wczorajszej aferze w spożywczaku. Nawet jeżeli nie wysłuchamy uważnie całej historii, to zazwyczaj jednak jakaś reakcja z tej drugiej strony nastąpi. A że mamy potrzebę gadania o takich pierdołach, świadczy choćby duża popularność na forum wątków: 'Jak się dzisiaj czujecie?' oraz 'Co dziś robiliście'. Myślę, że żeby słuchać o takich rzeczach, nie trzeba danej osoby jakoś wyjątkowo lubić, a starczy darzyć sympatią.

Edit: Co mnie jeszcze naszło - dalsi znajomi są w zasadzie idealni do gadania o pierdołach. Te bliższe osoby będą wolały posłuchać o tym, jak się czuję ogólnie, w życiu, zamiast o aferze ze spożywczaka czy zepsutym kranie, o których zresztą i tak nie będzie już sensu opowiadać, bo np. zdarzyły się jakiś tydzień wcześniej.
Odpisz
#16
Oj, jak słyszę to pianie z zachwytu większości społeczeństwa na cześć upałów... Błe.
Nie powiem, że ubóstwiam mrozy, bo łatwo łapię przeziębienia, ale jeśli mam wybrać czy wolę mróz czy upał, wybór jest oczywisty.
Także supernova, nie jesteś sama    :Uśmiecha się puszczając oko:
[Obrazek: DarthVade_ssphxhp.jpg]
Odpisz
#17
to ma być empiryczny dowód, że można gadać o pogodzie?... dobra! - gońcie się oboje z waszymi mrozami.. tak samo one dobre, jak upały. późne lato, wczesna jesień, to jedyna słuszna pora do życia.
Ostatnia nadzieja w palnej broni,
Wyceluje se do lewej skroni,
Zanim strzele "raz-dwa-trzy" odlicze
I spokój mi wyjdzie na oblicze.
Odpisz
#18
Dowód? Odniosłem się tylko do kwestii "mróz czy upał", bez innych intencji.
Ale rozmowy o pogodzie są i być muszą. Gdyby w moim miejscu pracy ludzie rozmawiali wyłącznie na tematy specjalistyczne, niezwiązane z moimi obowiązkami, pewnie już dawno bym wykitował. A tak mam szansę od czasu do czasu się włączyć i nie zdziczeć do reszty. Można narzekać na trywialność, ale gdyby nie to, często w ogóle nie byłoby o czym rozmawiać. Uczę się akceptować fakt, że pierdoły, czy to dotyczące pogody, czy innych nudnych z życia wziętych spraw, będą stale obecne w tematach rozmów. Bo ludzie różnią się od siebie. I nie każdy miłośnik Diablo z amatorem szydełkowania pogadają sobie o swoich pasjach.
[Obrazek: DarthVade_ssphxhp.jpg]
Odpisz
#19
shalafi napisał(a):I nie każdy miłośnik Diablo z amatorem szydełkowania pogadają sobie o swoich pasjach.
A to by mogło być ciekawe    :Uśmiecha się szeroko:
Człowiek naraża się na łzy, gdy raz pozwoli się oswoić.
Odpisz
#20
Cytat:gońcie się oboje z waszymi mrozami..
sam się goń, mrozy zabijają zarazki!    :Uśmiecha się szeroko: chociaż ja nie jestem masochistką, -5/-7 mi wystarczy, ale zauważyłam, że niektórzy nawet wtedy marudzą...
Za to w lecie najchętniej wyemigrowałabym na północ, cieszę się, że nie jestem sama   :Uśmiecha się:
Odpisz
#21
Zboczone śniegofile! Wszystko pewnie grubasy, takim to w najtęższe mrozy ciepło, a pod kurtką, swetrem i ocieplanymi spodniami nie widać tej ich niezgrabnej, otłuszczonej sylwetki!
Ostatnia nadzieja w palnej broni,
Wyceluje se do lewej skroni,
Zanim strzele "raz-dwa-trzy" odlicze
I spokój mi wyjdzie na oblicze.
Odpisz
#22
   :Uśmiecha się szeroko:
Nie no, Zas, weź załóż w jakiejś gazecie rubrykę "Chwila relaksu"   :Wystawia język 2:
[Obrazek: DarthVade_ssphxhp.jpg]
Odpisz
#23
Chyba raczej betonowy humor Zasa vel Kącik kulinarny "Zeschnięte Suchary"
Ostatnia nadzieja w palnej broni,
Wyceluje se do lewej skroni,
Zanim strzele "raz-dwa-trzy" odlicze
I spokój mi wyjdzie na oblicze.
Odpisz
#24
shalafi napisał(a):Z ciekawości - też tak masz
(...)
Jasna sprawa, że mam    :Uśmiecha się puszczając oko: Niczym wścibskie babsko z okna zawsze przyglądam się, czy przysłuchuję potyczkom. Na stancji przyciszam muzykę etc. Zawsze taka miła odmiana przy nudnej rzeczywistości    :Uśmiecha się puszczając oko: Przepadam za tym rodzajem agresji.
Za to sam reaguję agresywnie, kiedy ewidentnie silniejszy znęca się na słabszym (tj. oczywiście, jeśli akurat wtedy nie napadnie mnie atak fobii i poczucie maluczkości    :Wystawia język:). Czegoś takiego nie jestem w stanie tolerować.
Może kogoś wspomoże - zwiarazapanbrat.blogspot.com
Odpisz
#25
 :Stare - Śmieje się: Zas, to są morsy    :Wystawia język: Oni się cieszą, że wszystko jest na wierzchu.

tak, tak, załóż ten kącik
Odpisz



PhobiaSocialis.pl

Forum dla cierpiących na fobię społeczną (lęk społeczny, chorobliwa nieśmiałość, osobowość unikająca, hikikomori). Znajdziesz tu pomoc, informacje i porady, oraz poznasz podobnych ludzi, którzy zrozumieją twoje problemy! Pamiętaj, że nie jesteś sam(a)!

This forum uses Lukasz Tkacz MyBB addons.