- Pierwsze kroki?
#1
Zakładam ten wątek z wielką obawą. Pierwszy raz po roku chcę się z kimś podzielić swoimi problemami, bo czuję, że jeśli to wszystko będzie się we mnie komulowało nie wytrzymam i zrobię coś głupiego. Wiem, że nie możecie mi pomóc oprócz napisania "weź się w garść" "ludzie mają poważniejsze problemy od ciebie". I o to proszę. Jeśli ktoś przez to przebrnie, niech da mi solidnego kopa w dupę, bo nie wiem w jaki sposób miałabym się ogarnąć.
Ogółem nakreślę swoje żenujące problemy.
Zawsze byłam nieśmiała, ale mimo wszystko miałam paru dobrych znajomych. Teraz czuję, że jestem sama. Rok temu nagle moje samopoczucie uległo wielkiej zmianie, bo o ile wcześniej była to nieśmiałośc, to potem po prostu zamknęłam się na ludzi. Sama nie wiem czemu i nie potrafię tego wyjaśnić. Moja samoocena powoli spadała, aż osiągnęła dno. Nienawidzę siebie. Unikam luster. To może wydawać się zabawne, ale naprawdę staram się nigdzie nie widzieć swojej twarzy, bo zbiera mnie na mdłości i płacz. Widzę w lustrze obcą osobę, której najchętniej zrobiłabym krzywdę. Ja po prostu CHCĘ ją skrzywdzić. Nienawidzę swojego wyglądu i charakteru. Nienawidzę siebie, aż od czubka do głowy po palce u stóp. Był czas gdy bardzo starałam się usunąc swoje wady albo je zaakceptować, ale to sprawiło, że miałam się za jeszcze gorszą. Nie zmienię twarzy. Nie myślę o swojej przyszłości bo jestem nastawiona na porażkę, po prostu wiem, że komuś takiemu jak ja nie może udać się w życiu. W szkole codziennie słyszę, że ludzie niepewni siebie skazani są na porażkę. Niezwykłą odwagą jest dla mnie odezwanie się do drugiej osoby, a co dopiero samodzielne życie! Nie potrafię rozmawiać z ludźmi, o ile w internecie idzie mi to dobrze, bo nikt na mnie nie patrzy - na żywo to porażka. Nie potrafię nawet odpowiadać na lekcji, nawet gdy znam odpowiedź - siedzę, serce mi wali, zbiera mi się na płacz i mam nadzieję, że nikt mnie nie zapyta. Rozmowy które przeprowadzam z ludźmi w wyobraźni są ciekawe. Na żywo - nie ma rozmów. Jestem przewrażliwioną idiotką, na kazdym kroku się o coś martwię czy czegoś boję. Bywają dni podczas których naprawdę staram się zmienić coś w swoim życiu, ale jest to dla mnie tak trudne, że wróciwszy do domu zamykam się w pokoju, płaczę i klnę na własną ułomnośc. Duszę się wśród ludzi. Bywają dni podczas których ledwo stoję na nogach i najchętniej zabiłabym się by ludzie nie musieli na mnie patrzeć. Dwa razy byłam blisko samobójstwa, ale nie zrobiłam tego, bo nawet na to jestem zbyt tchórzliwa. Mam myśli samobójcze od ponad roku i przez to coraz bardziej nienawidzę siebie. Myślałam, że mój stan poprawił się, ale od tego roku jest coraz gorzej. Jestem rozczarowana sobą i nienawidzę swoich wad, a nie potrafię nic z nimi zrobić. I to jeszcze bardziej mnie irytuje. Z każdym dniem czuję do siebie coraz większą pogardę.
Jak mam wziąć się w garść? Jak mam zacząć? Jeśli możecie, po prostu niech ktoś napisze, że mnie rozumie. To mi wystarczy.
Odpisz
#2
Potrzebna Ci natychmiastowa pomoc, najlepiej psychologa. Strasznie nisko siebie oceniasz.
Na miłość nigdy nie jest za późno, za to na samotność zawsze jest za wcześnie...
Odpisz
#3
Cześć, bardzo dobrze, że zdecydowałaś sie o tym wszystkim napisać, nie ma co trzymać tego w sobie.Taką opinię o sobie ma większość osób na tym forum więc nie jesteś osamotniona, doskonale rozumiem co czujesz :?
Odpisz
#4
Też cie rozumiem. Pewnie jak większość osób stąd... Ale czy potrzebujesz kopniaka?... Chyba nie...
Ostatnia nadzieja w palnej broni,
Wyceluje se do lewej skroni,
Zanim strzele "raz-dwa-trzy" odlicze
I spokój mi wyjdzie na oblicze.
Odpisz
#5
Dzień dobry..    :Uśmiecha się:

Proszę drogiej Pani..    :Uśmiecha się puszczając oko: Ja osobiście proponowałbym takie rozwiązanie.. Na sam pierw iść do psychiatry, który przepiszę Ci jakieś lekarstwa po których Twoje myślenie się delikatnie zmieni..    :Uśmiecha się: Potem gdy leki zaczną działać i poczujesz w sobie moc do działania się ładnie za siebie weźmiesz z pomocą psychologa i innych psychoterapeutów..    :Uśmiecha się: I to jak najszybciej.. No już już!    :Wystawia język i opuszcza oko:
Odpisz
#6
Brak kogokolwiek naprawdę bliskiego, brak sensu, brak poczucia własnej wartości, brak celów.. Ale boję się jakbym miał niewiadomo co do stracenia. Ciekawe co to jest, poza dziwnymi przekonaniami np. na własny temat. A może tego właśnie się boję, że to wszystko nieprawda, że te wszystkie natrętne myśli nie sa mną, że te przekonania, które mam o sobie są krzywdzące, niepraktyczne, od dawna niepotrzebne.. i że właściwie nie mam pojęcia kim jestem, że nie pozwalam sobie na bycie sobą..?
Odpisz
#7
ja uwazam ze warto sie dzielic problemami, rob to czesciej i zobaczysz ze bedzie lzej
Jeśli szukasz psychologa w Warszawie to polecam: www.psychoterapia-romaniuk.com
Odpisz
#8
Nawet nie wiecie jak cieszę się, że mnie rozumiecie. Gdybym powiedziała o tym ludziom z mojego otoczenia pewnie powiedzieliby mi, ze tworzę problemy na siłę.    :Smuci się: O psychologu myślałam jakieś pół roku temu, ale nie ma u mnie w mieście żadnego specjalisty, poza tym niezbyt im ufam... Nie potrafię opowiedzieć o jakimś problemie nawet rodzicom, a co dopiero obcej osobie.    :Smuci się:
Odpisz
#9
Ale jaki jest sens mówienia komuś o problemie, którego i tak nie zrozumie?    :Uśmiecha się:
Odpisz
#10
Czasami wystarczy żeby udawała, że rozumie...
Odpisz
#11
Dobra wiadomość jest taka, że da się z takiego stanu wyjść    :Uśmiecha się puszczając oko:.
Rok temu miałam identyczne myślenie do Twojego, ale jednak regularne wizyty u terapeuty i psychiatry robią swoje. Do dziś, podobnie jak Ty, unikam luster (zakleiłam wszystkie lustra w domu plakatami, tylko te w łazience zostawiłam w spokoju, żeby rodzice mieli się gdzie przejrzeć    :Wystawia język: ), nawet kamerkę w laptopie/telefonie mam zaklejoną, żeby przypadkiem jakiś haker mnie przez nią nie zobaczył. I oczywiście rolety w każdym oknie, żeby przez przypadek nie zobaczyć swojego odbicia w szybie.

Nie wiem, jakie masz stosunki z rodzicami, ale myślę, że warto im zaufać i poprosić o pomoc. Poszukajcie razem jakiegoś psychiatry/terapeuty i powoli wszystko wróci do normy. I nie odwlekaj tego w czasie, czym prędzej tym lepiej  :Stare - Uśmiecha się i puszcza oko:
Odpisz
#12
Wszystkie twoje odczucia doskonale znam. Żałuje tylko, że tak późno zrozumiałam, że to samo z siebie nie przejdzie i jak to osobie chorej potrzeba mi pomoc specjalisty. Chociażby po to by ciągle nie miewać myśli, że to ja jestem ta najgorsza a wszyscy dookoła tacy cudowni. Mam nadzieje że regularna pomoc psychologa jak i psychiatry pozwoli mi wypędzić ciągłe negatywne myśli o sobie. Fakt, że nie jest to tania sprawa, bo na pomoc w ramach NFZ jeśli chodzi o fobie społeczną nie ma co liczyć (wiem na własnej skórze   :Obraził się:), ale myślę o tym jako i inwestycji w swoje życie (następne 24 lata takiego życia nie zniosę, a co dopiero 40 czy 50)
Odpisz
#13
Mam podobny problem co Wjedro, tylko że u mnie problemem nie jest np mój wygląd tylko to, że nie potrafię się zintegrować. Właściwie moje życie towarzyskie nie istnieje, gdy spotkam kogoś znajomego to kończy się na cześć a jak jest z kimś jeszcze to nawet cześć nie powiem w obawie, że mi ta osoba nie odpowie i narażę się tym na wyśmianie. Bardzo późno zdecydowałam się pójść na studia w obawie, że sobie nie poradzę ale nie z nauką tylko z tym jak tam będzie, jak będę traktowana i czy nie będę wyśmiewana... W tym roku poszłam, jestem tam 2x na 2 tygodnie i nie mogę wytrzymać. Moja grupa niby jest w porządku ale wszyscy już ze sobą gadają, mają własne tematy i widują się, tylko ja jak ta sierota mało z kim rozmawiam a z chłopaka to już w ogóle. A gdy już się odezwę to mam wrażenie że oni o mnie szeptają i śmieją się ze mnie, że taka właśnie ze mnie sierota. Gdy jesteśmy na zajęciach i są przerwy wszyscy gdzieś wychodzą w paczce a ja siedzę sama i czekam... czuję się wtedy fatalnie. Na pewno mnie obgadują... To straszne ale w końcu szara myszka ze mnie bo jak się nie odzywam to jak mogę nawiązać kontakt??? Nie wiem co dalej ze mną będzie?
Odpisz
#14
Witaj Wjedro,
Przed laty byłam w takim samym stanie. Skończyło się załamaniem nerwowym, całkowita dezintegracją osobowości, wpadnięciem w przepaść-bardzo głęboką. Byłam w miejscu, w którym świadomość zostaje zalana przez nieświadomość. Pamiętam, że prosiłam mamę, aby poszła do jakiegoś szpitala załatwić mi eutanazję. Po prostu nie chciałam zrobić tego własnoręcznie. Być może z obawy przed "trudnościami technicznymi". Lekarz psychiatra, od którego wtedy dostałam pierwszą pomoc, zdecydował iż potrzebuję natychmiastowej hospitalizacji. Miejsce na oddziale znalazło się dla mnie w ciągu ok dwóch tygodni. Spędziłam tam trzy miesiące. Wałkowali mnie na wszystkie strony. Próbowano dopasować mi leki. Ciągle nie dawały wymiernych efektów. Załapałam się nawet na testowanie innowacyjnego wtedy leku nowej generacji, po którym rzygałam jak kot. Dopiero wtedy jak szpitalne środki terapeutyczne nie dawały oczekiwanego rezultatu pozwalającego na wypisanie do domu zdecydowano się włączyć do leczenia lek, który wtedy był bardzo drogi, a koszty refundacji ogromne. Do parki dobrano mi też inny lek, który w połączeniu z pierwszym dawał względne samopoczucie. Konfigurację tych dwóch substancji zażywam do dzisiaj-co dziennie wieczorem przed snem. Są efekty uboczne oczywiście. Nie może być przecież tak łatwo. Otóż nabawiłam się patologicznej senności. Czasem czuję się właśnie taka senna, wymięta z energii, albo, co gorsza, jak już położę się spać to jestem w stanie spać do 20 godzin w ciągu. Ale przysięgam, już wolę to, niż to co było wcześniej. Jakoś tam nauczyłam się walczyć z tym żeby nie przespać życia. Głównie używam do tego siły woli    :Zaskoczony:
Jakiś czas po wyjściu ze szpitala zdecydowałam się podjąć studia. Udało mi się dostać precyzyjnie na ten kierunek studiów, który prawdziwie mnie interesował. Dziś z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że chodzenie na zajęcia i praca nad materiałem w domu było bardzo terapeutyczne. Po prostu znalazłam sobie zajęcie. Udało mi się uzyskać dyplom i tytuły, czyli doprowadzić sprawę do końca, chociaż nie było mi łatwo z przetrąconym zdrowiem psychicznym.
Dziś dopiero po latach zażywania leków mogę powiedzieć, że czuję się lepiej i wiele problemów z momentu, w którym jesteś teraz Ty, Wjedro, zwyczajnie się rozpłynęło.
O ile wiem, lekarza psychiatrę można poprosić o skierowanie do szpitala. Ach, nie było tam aż tak zle. Teraz już ich nie pamiętam, ale wtedy znałam na pamięć te oddziałowe korytarze. Czasami w ramach terapii szło się do kuchni pomywać gary po obiedzie, albo dostawało się stos fartuchów pielęgniarek do prasowania. Generalnie chyba chodzi o to, żeby pomoc była radykalna, żeby wygrzebać się jako tako z tego syfu. Pogodziłam się jakoś z tym, że nie czuję się do końca najlepiej, ale i tak nie ma co porównywać z tym, co było dawniej. Zwyczajnie nie ta skala.
Trochę mam obawy wysyłając tego posta, gdyż dotąd nie byłam wylewna na forum.
Pozdrawiam,
iLL
Miłość jest silniejsza niż śmierć.
[Obrazek: JRbqoRy.png]
[-] 1 użytkownik polubił(o) wpis iLLusory:
  • Raven
Odpisz
#15
Hoho iLLusory, naprawdę długą drogę przeszłaś :shock: , nawet nie wiedziałem.
Odpisz
#16
iLLusory, można by powiedzieć że "odbiłaś sie od dna".Po czymś takim jeszcze później wrócić do normalnego życia, rozpocząć studia i wogóle...
No, no. Szacun!   :Uśmiecha się 2:
Odpisz


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Pierwsze kroki ku wolności NoNameNoLife 17 3 621 29 Sie 2010, Nie 13:30
Ostatni post: Quinto


PhobiaSocialis.pl

Forum dla cierpiących na fobię społeczną (lęk społeczny, chorobliwa nieśmiałość, osobowość unikająca, hikikomori). Znajdziesz tu pomoc, informacje i porady, oraz poznasz podobnych ludzi, którzy zrozumieją twoje problemy! Pamiętaj, że nie jesteś sam(a)!

This forum uses Lukasz Tkacz MyBB addons.