- przyszłość zdeterminowana przez ilość niepowodzeń
#1
To może temat bardziej dla ludzi młodych, czyli pewnie dla większości na tym forum. Postanowiłem się podzielić takim przemyśleniem.

Otóż imbardziej Wasze życie się nie układa w młodym wieku, im więcej Waszych niepowodzeń, braku akceptacji ze strony otoczenia, rodziców, nauczycieli.....tymbardziej rzutuje to na Wasze życie w późniejszych, dorosłych latach . Musi istnieć równowaga pomiędzy ilością niepowodzeń i sukcesów.

Gdy ta równowaga zostanie zachwiana, na dodatek na korzyść niepowodzeń, to potem właśnie z tego biorą się nerwice oraz różne inne zaburzenia. Człowiek łapie doła za dołem, a z wiekiem coraz ciężej się z tym uporać, człowiek miota się pomiędzy lekami, lekarzami, zamyka się w domu, w swoim świecie, unika ludzi, wstydzi się siebie, ma niską samoocenę.

Młode lata to też najlepszy moment na zawarcie znajomości, przyjaźni, które potem często trwają już na zawsze i nieraz pomagają przetrwać w dorosłym życiu    :Zażenowany::
I powinno się dbać o takie przyjaźnie, pielegnować je i ich nie lekcewazyć, bo potem w dorosłym życiu naprawdę albo nie ma czasu, albo już jest większy dystans między ludźmi i nie jest tak łatwo kogoś poznać.
Szkoła, studia, jest sporo ludzi w jednym miejscu, są wycieczki, spotkania.
Nie unikajcie ich, chodźcie, choćby czasem na siłę, jeśli jesteście nieśmiali, to właśnie udział, choć cichy i skromny, w takich spędach, pomoże Wam się otworzyć, wyjść z nieśmiałości i będzie dużym plusem do Waszego dorosłego życia.
Odpisz
#2
jednym słowem ratuj się kto może, póki czas, póki na to czass...
Kimkolwiek Jesteś, wzmocnij mnie lub zniszcz...
Odpisz
#3
...
Odpisz
#4
A ja mysle, ze cos w tym jest. Najwiecej ludzi poznalam do czasu ukonczenia studiow, teraz poznaje kogos na "dzien dobry". Ludzie przychodza zeby cos im zrobic, pomoc, w jakis tam "sluzbowych" sprawach, a na pogaduszki maja innych- tych ktorych znaja juz od lat. Kiedys to bylo bardziej spontaniczne, ludzie zagadywali sie wzajemnie na szkolnych korytarzach, bo chcieli sie poznac i pogadac.
Niestety to, ze poznalam kiedys duzo ludzi, nie oznacza, ze te przyjaznie przetrwaly do dzis. Nie przetrwaly, moze z mojego powodu bo nie umiem ich pielegnowac, a moze dlatego, ze nie byli to ludzie z ktorymi chcialam utrzymywac dluzszy kontakt i zaufac, a moze po prostu tak sie zycie ulozylo i kazdy poszedl w inna strone.
W kazdym wieku mozna zawierac przyjaznie, poznawac nowych ludzi itd, ale latwiej jest to zrobic gdy masz juz kogos z kim mozesz wyjsc gdzies, kto ma tez swoich znajomych, przy kim sie dobrze bawisz i czujesz sie bezpiecznie. W ten sposob zwieksza sie krag poznawanych osob. Jak siedzi sie w domu, bo nie ma nikogo z kim mozna milo spedzic czas, szanse, ze pozna sie kogos sa zerowe, a samemu wychodzic gdzies nie jest juz takie przyjemne.
Ja dzisiaj moge powiedziec, ze zaluje, tego ze nie przylozylam sie do tego zeby utrzymac niektore przyjaznie. Wystarczylo troche poswiecenia, maly kop w tylek, zeby pokonac strach i moze dzis nie narzekalabym, ze nie mam z kim pogadac. Teraz jest ciezej poznac nowe osoby a jeszcze ciezej im zaufac.
"Dziwna rzecz z tymi rzekami i drogami. Widzi się je, jak pędzą w nieznane i nagle nabiera się strasznej ochoty, żeby samemu też się znaleźć gdzie indziej, żeby pobiec za nimi i zobaczyć, gdzie się kończą..."
Odpisz
#5
fistaszek napisał(a):A ja mysle, ze cos w tym jest. Najwiecej ludzi poznalam do czasu ukonczenia studiow, teraz poznaje kogos na "dzien dobry". Ludzie przychodza zeby cos im zrobic, pomoc, w jakis tam "sluzbowych" sprawach, a na pogaduszki maja innych- tych ktorych znaja juz od lat. Kiedys to bylo bardziej spontaniczne, ludzie zagadywali sie wzajemnie na szkolnych korytarzach, bo chcieli sie poznac i pogadac.
Niestety to, ze poznalam kiedys duzo ludzi, nie oznacza, ze te przyjaznie przetrwaly do dzis. Nie przetrwaly, moze z mojego powodu bo nie umiem ich pielegnowac, a moze dlatego, ze nie byli to ludzie z ktorymi chcialam utrzymywac dluzszy kontakt i zaufac, a moze po prostu tak sie zycie ulozylo i kazdy poszedl w inna strone.
W kazdym wieku mozna zawierac przyjaznie, poznawac nowych ludzi itd, ale latwiej jest to zrobic gdy masz juz kogos z kim mozesz wyjsc gdzies, kto ma tez swoich znajomych, przy kim sie dobrze bawisz i czujesz sie bezpiecznie. W ten sposob zwieksza sie krag poznawanych osob. Jak siedzi sie w domu, bo nie ma nikogo z kim mozna milo spedzic czas, szanse, ze pozna sie kogos sa zerowe, a samemu wychodzic gdzies nie jest juz takie przyjemne.
Ja dzisiaj moge powiedziec, ze zaluje, tego ze nie przylozylam sie do tego zeby utrzymac niektore przyjaznie. Wystarczylo troche poswiecenia, maly kop w tylek, zeby pokonac strach i moze dzis nie narzekalabym, ze nie mam z kim pogadac. Teraz jest ciezej poznac nowe osoby a jeszcze ciezej im zaufac.

ja myślę fistaszku, że to właśnie młodość powoduje, że się bagatelizuje te sprawy, ludzi, kolegów, bo młody człowiek nie zdaje sobie sprawy z pewnych rzeczy, mogą pomóc rodzice i zwracać uwagę na to, że dziecko nie ma kolegów, przyjaciół....ale myślę, że rodzice dziś mało uwagi poswięcają swoim dzieciom, są zajęci zarabianiem na dom, czego nie możan im mieć za złe, ale dziecko jest pozostawione same sobie i jeśli nie trafi na dobre otoczenie w swoim środowisku, to może być potem odtrącane, bo zwyczajnie w dorosłym życiu będzie odstawał.
Podaję tu może przypadki skrajne, ale myślę, że nie jest ich dziś tak
mało, a mam wrażenie, że coraz więcej.
Weź pod uwagę, że młodość jest generalnie związana z bestroską, często z głupotą, naiwnością-te cechy akurat znoszą obawy w kontaktach z ludźmi, dlatego w młodości tak łatwo nawiązuje się znajomości.
Im człowiek starszy, doświadczony, tymbardziej ostrożny, nieufny, często niepotrzebnie, ale tak już to jest, a to szalenie utrudnia wzajemne relacje, szczególnie jeśli nie miało się wprawy/treningu w przyjaźniach z młodości.

Sam piszesz o swoich doświadczeniach....często Ci się nie chciało, nie doceniałeś tamtych lat.... To nie wina Twoja i generalnie młodych ludzi, ale głównie rodziców, którzy powinni zadbać o to, żeby dziecko miło jak najwięcej kolegów, koleżanek, ruszało się wśród nich, a nie siedziało w domu, np. przed kompem.

ale mam nadzieję, że ponieważ masz tego swiadomość, to póki czas nie uciekł zbyt daleko, potrafisz sobie radzić i nie unikasz okazji do przyszłych przyjaźni    :Uśmiecha się:
Pozdrawiam.
Odpisz
#6
Ja myślę że to zależy od danej osobowości, nie ma znaczenia wiek ani płec, przynależnośc kulturowa czy liczba niepowodzen, dla jednych dana sytuacja jest niczym a dla drugich barierą nie do przeskoczenia.
Odpisz
#7
Moim zdaniem jest w tym trochę prawdy.Jeśli w życiu nastoletnim zaczynamy unikać znajomości,później jest nam się trudniej przełamać.Im wcześniej zdamy sobie sprawę,że wiele zależy od Nas tym będzie nam łatwiej.Czasem trzeba wygrać walkę z naszymi uprzedzeniami co do innych i trzeba podjąć ryzyko jakie niosą znajomości z innymi.Ale nie zależnie od wieku warto próbować  :Stare - Uśmiecha się i puszcza oko: Jak się nie uda za pierwszym razem to próbować do skutku...przecież na przyjaźń nigdy nie jest za późno    :Uśmiecha się:
Odpisz
#8
Milena19 napisał(a):...przecież na przyjaźń nigdy nie jest za późno    :Uśmiecha się:
a na samotność zawsze jest za wcześnie. Tak sobie to motto powtarzam, ale jakoś w życie wcielić nie potrafię skutecznie.
Psychika ludzka jest bardzo uparta, jak sobie ukształtujemy określone postawy w młodości, to im później uznamy je za nieprawidłowe i zbyt późno zaczniemy 'brać się za siebie', tym będzie trudniej. Ale trzeba próbować ...
Odpisz
#9
Dokładnie, nasze przekonania i wierzenia determinują to jak zachowujemy się przy ludziach. Jeśli wcześniej byliśmy odrzucani, bądź się wycofywaliśmy, to w przyszłości tak właśnie będziemy się zachowywać. Nawet jeśli ludzie wokół się zmienią, to będzie szło za nami, bo to siedzi w nas, a nie w ludziach naokoło. Więc nie warto zmieniać ludzi i uciekać. Terapia Richardsa dokładnie opisuje, jak zmieniać te przekonania. Da się i warto.
Odpisz
#10
..
Don't worry, be happy
In every life we have some trouble
When you worry you make it double
Don't worry, be happy
Odpisz
#11
EDYCJA:    :Obraził się:
Tak, wszystkie doświadczenia z przeszłości determinują nas do przyjęcia określonych postaw i od nich zależy, czy pęd emocjonalny, który ukierunkowuje nasze działania jest znośny, czy komplikuje nam życie. Dodam, że lęk to nic innego jak napięcie emocjonalne, które określa tryb naszych dążeń i to on powoduje, czy są one chorobliwe tak jak wyniszczająca presja otoczenia wpędzająca nas w skrajności i chorobę. Otoczenie wymusza określone doświadczenia, a te, im są silniejsze, tym bardziej skrajne postawy przyjmujemy i tak może zacząć się przysłowiowe błędne koło, jeśli nie będziemy potrafili w dłuższej perspektywie czasu rozładować napięć bez drastycznych skutków. W każdym razie, jeśli otrzymujemy z jakichs powodów pietno społeczne, to automatycznie stajemy się zmarginelizowani na tak długo, aż będziemy potrafili uzyskać wewnętzrny ład, jakiego nie mieliśmy wówczas, gdy silne emocje uniemożliwiały nam standardowe, powszechne pełnienie ról społecznych.
Odpisz
#12
Przeszłość ma ogromny wpływa na przyszłość człowieka, jednak absolutnie jej nie determinuje. Oczywiście może to robić, jeśli się temu nie przeciwstawia, bo zawsze to człowiek ma "ostatnie słowo". I jak co jakiś czas w ciągu życia człowiek zmienia się na poziomie atomowym, tak też w każdej chwili taki proces może przejść na poziomie psyche. Jest w stanie podejmować decyzje, które nie będą zależne od przeszłości, a nawet będą w stanie go z niej wyzwolić.
Oczywiście, dla pełnej wolności, zazwyczaj konieczne jest tzw. "przepracowanie" przeszłości...
Vis et Honor
Odpisz
#13
EDYCJA:
W dzieciństwie miałem mniejsze fundamenty bezpieczeństwa, bo wychowywała mnie tylko matka - nie miałem oparcia w ojcu, gorsze materialnie warunki. Żeby nie napiętnowali mnie równieśnicy musiałem celować w wszystkim w czym zdołałem, by wyrobić sobie szacunek i nie skończyć jak wielu poniżanych w szkole. Entuzjazmu wystarczyło mi do okresu dojrzewania i od tego momentu zacząłem się stale wycofywać z aktywnego społecznie życia, począwszy na kontaktach towarzyskich z płcią przeciwną. Izoluję się już dziesięć lat, zawsze miałem poważne bariery w zawarciu zażyłych relacji, a moje życie to często kontrastowe chwile - zrywy emocjonalne z próbami dorównania innym z wycofaniem, wegetacją czasem, cierpieniem, pustką. Pustka, nostalgia toważyszą mi odkąd się w znacznym stopniu odizolowałem i nie potrafię, a nawet nie chcę ich wypełnić bujnymi, ale czasem bezwartościowymi relacjami z innymi, bo doszedłem do wniosku, że człowiek nie może żyć na stopie fizycznej do jakiej jest nawoływany przez otoczenie, tzn., do szleńczej zabawy i życia ponad stan fizyczny. Uznałem, że kres moich izolacji społecznych nie jest aż tak odległy ( żyję na rencie socjalnej parę lat ), ale dopiero wówczas będę niezależny, gdy osiągnę po prostu fizyczny pułap kondycji intelektualno - fizycznej, tzn., wtedy, gdy z biegiem czasu emocje z przeszłości wyciszą się we mnie, bo do tej pory determinowały mnie do życia na dystansie a czasem mnie porywały do różnych wydarzeń. Życie społeczne wymusza skrajności postawy. Kontroluję rytm społecznej pracy, ale nie pogodzę wszystkich ról natenczas, dlatego pogodziłem się z tym i wolę żyć w samotności teraz i wyczekiwać na nowe wyzwania. Fobia się we mnie też ujawnia przed tym, że gdybym nie miał jakichś irracjonalnych przeświadczeń, to miałbym poważne problemy z kontrolą emocji w życiu społecznym w przyszłości. Jestem tego pewnien.
Myślę, dajcie sobie czas, jeśli nie musicie wejść gwałtownie w rytm życia społecznego, bo ludzie mają poważne problemy czasem i sami nieświadomi są wydarzeń, które sobie prokurują.
Odpisz
#14
Nie potrafiąc radzić sobie samotnie trzeba uzależniać się od ludzi. Dla mnie zwieranie masy znajomości właśnie taką formą jest, a że jestem typem samotnika to tego nie robię. Czasami mam wrażenie, że jeśli ktoś po odrzuceniu przez ludzi załamuje się, dostaje depresji, chce sobie strzelić w łeb, to jest żałośnie słabym osobnikiem. Ja raz odrzucony nie podjąłem próby powrotu, a ułożyłem sobie życie w alternatywny, samotniczy sposób, swoją drogą adekwatny do mojej natury, braku silnie rozwiniętego instynktu stadnego. Czy jest źle? Jest neutralnie. Męczy mnie bardzo konieczność przebywania z ludźmi np. w szkole, w okresie zimowym nie mam co z sobą zrobić, natomiast w okresie letnim odżywam i utwierdzam głęboko się w tym czym żyję. Szkoła już niedługo dobiegnie końca, a wtedy pokieruję swoim życiem tak żeby stać się kompletnie niezależnym od ludzi i upoić się wolnością, po którą odważę się sięgnąć. Wśród ludzi nie czuję się wolny, czuje się uzależniony, nie płynie z tego żadna forma radości.
Odpisz
#15
eric napisał(a):Nie potrafiąc radzić sobie samotnie trzeba uzależniać się od ludzi. Dla mnie zwieranie masy znajomości właśnie taką formą jest, a że jestem typem samotnika to tego nie robię. Czasami mam wrażenie, że jeśli ktoś po odrzuceniu przez ludzi załamuje się, dostaje depresji, chce sobie strzelić w łeb, to jest żałośnie słabym osobnikiem. Ja raz odrzucony nie podjąłem próby powrotu, a ułożyłem sobie życie w alternatywny, samotniczy sposób, swoją drogą adekwatny do mojej natury, braku silnie rozwiniętego instynktu stadnego. Czy jest źle? Jest neutralnie. Męczy mnie bardzo konieczność przebywania z ludźmi np. w szkole, w okresie zimowym nie mam co z sobą zrobić, natomiast w okresie letnim odżywam i utwierdzam głęboko się w tym czym żyję. Szkoła już niedługo dobiegnie końca, a wtedy pokieruję swoim życiem tak żeby stać się kompletnie niezależnym od ludzi i upoić się wolnością, po którą odważę się sięgnąć. Wśród ludzi nie czuję się wolny, czuje się uzależniony, nie płynie z tego żadna forma radości.

Dobrze powiedziane. Mam tak samo. Raz nie udała się przyjaźń - trudno. Nie pcham się tam, gdzie mnie nie chcą i nie rozpaczam z tego powodu. I tak w końcu wychodzi, że trzeba liczyć na siebie, a im wcześniej się to zrozumie, tym lepiej. Męczy mnie towarzystwo innych ludzi i pewnie ja męczę innych, więc logiczne jest, że tego unikam. Nie wszyscy muszą być tacy sami i tyle    :Uśmiecha się:
Odpisz
#16
Z technicznego punktu widzenia to fizycznie się umartwiałem, nie jadłem treściwie i zmuszałem się do morderczej pracy, jaką było godzenie wszystkich społecznych obowiązków w stanie umartwienia i w ten sposób spiętrzyłem falę emocji. Stan, który sobie sprokurowałem to było tak silne uniesienie emocjonalne, że z biegiem czasu wytrąciłem się z trybu życia, który pozwoliłby mi standardowo godzić funkcje społeczne. Dlatego zacząłem się stopniowo z czasem wycofywać z życia społecznego, aż do tego stopnia, że nie dałem rady ukończyć szkoły średniej. Mogę z całą stanowczością stwierdzić, że emocje wynikające z trudnych doświadczeń przytłaczają i zupełnie dezorganizują. Są one odzwierciedleniem natężenia przeżyć z otoczenia, dlatego uważam, że można skumulować w sobie emocje, adekwatne do pracy społecznej tak, że ukażą one człowieka z znamieniem degeneracji sił, który na przestrzeni jakiegoś czasu poddany jest działaniu społecznemu, które jest degenerującym piętnem fizycznym. Takie są nakłady pracy, styl pracy naukowej, a wszystko odbywa się w szczycie intelektualno - fizycznym w młodzieńczym wieku. Śmiertelność, zauważę, jest wśród młodych kierowców, na przykład, największa w około wieku 24 lat, w czasie szczytu przeżyć - edukacja, praca i inne. Zaciągamy więc w młodzieńczym wieku kredyt fizyczny, bo żyjemy ponad stan w tym okresie, stąd pojawiają się lęki o to, że zabraknie nam sił po prostu. Nie jesteśmy w stanie znieść obciążeń, z którymi mamy do czynienia, więc emocje biorą górę i stąd pojawiają się również jakieś osobiste obajwy chorobowe. Izolacja jest chyba czasem koniecznością - mam wrażenie sam, że odsiaduję wyrok, bo nie jestem fizycznie w stanie pogodzić wszytskich ról, stąd siedzę w domu. Lęki i inne irracjonalności zawsze rodzą się wtedy, gdy emocje górują nad racjonalistycznym spojrzeniem na rzeczywistość.
Odpisz
#17
Jeśli człowiek umie być szczęśliwy w samotności. Potrafi być szczęsliwy gdy jest sam, potrafi się czymś zajać. Nie narzeka jak to mu źle nie beczy że jest samotny. Ma swój piękny świat, to nic nie pozostaje jak zaprosic kogoś do tego fajnego świata.
Trzeba się nauczyć być szczęśliwy w swojej samotności a przyjaciele sami się pojawią.
Jeśli polubisz swoją samotność przestaniesz się jej wstydzić polubisz poniekąd siebie, stworzysz swój fajny świat, i wtedy inni cię polubią.
I ani się obejrzysz będziesz miał pełno znajomych i przyjaciół ---
A z przyjaźnią jest różnie jedna się kończy druga się zaczyna. Nie ma co się zamykać na przyjaźń z powodu jednej nie udanej. A czy my jesteśmy tacy super przyjaciele??
Odpisz
#18
Jeśli ja chciałbym kogoś zaprosić do mojego pięknego świata to chyba tylko drugą połówkę.
Odpisz
#19
Nikt mnie nie akceptuje. Wydaje mi się że ludzie mnie wręcz unikają. Czasami zauważam jak ktoś zobaczywszy mnie skręca w drugą stronę. Po prostu nie mamy wspólnych tematów do rozmowy
Mam kilku pojedynczych przyjaciół, ze szkoły i studiów.
Żyć mi się nie chcę.
Odpisz
#20
Że też wcześniej nie zauważyłem tego wątku... Bardzo mądry i ciekawy temat!
Popieram zdanie jednej z osób tutaj, że ludzie stają się mniej ufni gdy stają się starsi. Nic w tym dziwnego - każdy ma na koncie jakieś doświadczenia i wie już, że ludzie są różni - dlatego nie opowiada wszystkim naokoło wszystkich historii ze swojego życia (wyjątki od reguły zawsze się zdarzają...).
Mam wrażenie, że studia to najlepszy czas na powstanie takiej prawdziwej i zażyłej znajomości. Oczywiście, miło jest miec przyjaciela od czasu piaskownicy, ale wydaje mi się, ze dopiero na studiach więcej ludzi traktuje pewne sprawy poważnie. Obserwuję to po ludziach mnie otaczających - kompletnie inna bajka! I tak sobie tylko myślę, czemu nie mogło tak byc przez 12 lat mojej wcześniejszej edukacji.
Co do przeszłości: fakt, lepiej, żeby jej nie było. Czasami wraca - pojawiają się myśli, że znów koszmar się powtórzy. (Na szczęście chyba coraz rzadziej). Ale już jakiś czas temu stwierdziłem, że nie pozwolę się zdominowac przez jakieś głupie lęki. Poza tym, atmosfera dużego miasta wpływa na mnie pozytywnie - tutaj czuję się zupełnie inaczej niż w miejscu urodzenia. Poki co nie mam tu przyjaciół, co nie znaczy, że jestem sam - po prostu jestem bardzo ostrożny w używaniu tego słowa. Mam jednak nadzieje, ze za jakis czas bede mogl tak o niektorych ludziach z mojego otoczenia powiedziec.
Tyle! Finito    :Wystawia język:
P.S. Dzięki Soulja, że uważasz mnie za Giganta    :Śmieje się:
Człowiek naraża się na łzy, gdy raz pozwoli się oswoić
Odpisz


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  bądź cwany i nie daj się praniu mózgu przez ludzi olovio 5 3 417 05 Paź 2017, Czw 23:21
Ostatni post: Pietter
  Przez fobię społeczną pójdę do więzienia Perfos 32 2 303 18 Lip 2016, Pon 13:14
Ostatni post: USiebie
  Przyszłość kasia92 10 1 234 13 Mar 2016, Nie 20:47
Ostatni post: patryk112
  Huśtawki emocji przez słowa i zachowania innych do nas stap!inesekend 2 745 09 Mar 2016, Śro 22:42
Ostatni post: dziewczyna z naprzeciwka
  Sytuacja stresowa a nastrój przez resztę dnia. Wy też? LepiejSzybciejNiżPóźniej 12 1 498 29 Gru 2015, Wto 7:13
Ostatni post: Aina
  Olewanie przez innych Luctucor 12 1 582 31 Gru 2014, Śro 23:50
Ostatni post: Luctucor
  strach przed odrzuceniem przez innych Nar 29 2 279 29 Paź 2014, Śro 17:07
Ostatni post: UnikamSiebie
  Problem z odbieraniem własnej osoby przez obcych ludzi verti 2 1 019 24 Lis 2012, Sob 17:12
Ostatni post: Itsuu
  Czy wasze wypowiedzi są krytykowane przez innych? Tragizm 5 1 618 23 Paź 2009, Pią 19:14
Ostatni post: młodziutka18


PhobiaSocialis.pl

Forum dla cierpiących na fobię społeczną (lęk społeczny, chorobliwa nieśmiałość, osobowość unikająca, hikikomori). Znajdziesz tu pomoc, informacje i porady, oraz poznasz podobnych ludzi, którzy zrozumieją twoje problemy! Pamiętaj, że nie jesteś sam(a)!

This forum uses Lukasz Tkacz MyBB addons.