- Śmierć.
#1
Nie wiem, czy temat się tutaj nadaje. Ale... Mam problem. Nie wiem, co mi jest. Czy coś w ogóle mi jest. Czego to objaw. Co się ze mną dzieje. Boję się śmierci. Swojej. Ale mniejsza. Non stop boję się, że ktoś bliski umrze. Siostra wychodzi na spacer, nie wraca długo - wpadła pod samochód. Chłopak nie odezwie się do południa - pewnie się zakrztusił, spadł ze schodów. Mama nagle dzwoni do mnie - coś jej się stało i nie ma nikogo w domu, Boże, ona umrze. Non stop wyobrażam sobie, że coś się komuś stanie. Co więcej... Staram się temu zapobiegać w głupi sposób. Na przykład nie dopuszczam, by mama została sama w domu. Zajmuje czymś siostrę by jednak nie wychodziła. Non stop muszę pisać z chłopakiem i wiedzieć, że on żyje. To już nie jest strach. To jest paranoja. Ktoś bliski wsiada do auta. Ja mam przed oczami wypadek, później pogrzeb. I nie chodzi o to, że się martwię. Ja siadam i płaczę przez godzinę, modląc się jednocześnie i wyrywam sobie włosy z głowy jak jakiś psychol, bo przecież nie poradzę sobie jeżeli stracę ją/jego. Ja już powoli wariuje. Oskarżam o to nawet siebie... Dwa razy jak już powiedziałam chłopakowi normalnie "uważaj tam na siebie i napisz jak dojedziesz do domu" miał wypadek. Od tamtej pory nie mówię mu nic innego poza "pa" i płaczę dopóki nie dostanę sms od niego. Panicznie boję się jak mama wychodzi sama z domu. Ujebałam sobie za przeproszeniem, że jak powiem jej "do jutra" i ona mi odpowie, to nic jej się nie stanie bo przecież obie powiedziałyśmy, że się jutro zobaczymy... Nie wiem co mam robić. Chłopak zaśnie i przestanie odpisywać, bo śpi. A ja zasypiam nad ranem już ze zmęczenia, budzę się po godzinie i nie mogę normalnie funkcjonować dopóki nie dostanę sms. Mam tak od mniej więcej... Boże. Już sama nie wiem. Ale od kilku dni to się widocznie nasiliło, płaczę całymi dniami ze strachu, że kogoś stracę, i wyobrażam sobie tylko pustkę po nim. Nie wiem co mam robić. A psycholog nie wchodzi w grę do 18 roku życia. Próbowałam "pozytywnego" myślenia, wmawiania sobie, że jest ok, zajęcia się czymś. Nic nie pomaga. Zwariowałam.
Odpisz
#2
To taki masz spory problem szczerze.Tylko psycholog może ci pomóc.Albo jakaś zmiana środowiska żeby twój mózg miał inne problemy "na głowie".Np zapisz sie na jakiś kurs który by cie wciągnął wtedy będziesz skupiać się na czymś innym.
Odpisz
#3
nie zwariowalas, ale zameczysz sie takim zamartwianiem

http://pl.wikipedia.org/wiki/Zesp%C3%B3%...B3lnionego
Zbiór poradników psychologicznych dotyczących m.in. wychodzenia z nieśmiałości, fobii, depresji (i innych problemów), a także redukcji stresu, psychologii emocji i szczęścia...

http://chomikuj.pl/reparare/PSYCHOTERAPI...+poradniki HASŁO: fobia
---------------------------------------------------------------------------------
----> ZBIÓR NAJBARDZIEJ PRZYDATNYCH TEMATÓW
---------------------------------------------------------------------------------
----> Instrukcja obsługi nowego forum
---------------------------------------------------------------------------------
----> Zostań DONATOREM - wesprzyj utrzymanie forum!
---------------------------------------------------------------------------------
----> Pomagaj innym - nowa ranga Pomagacza
---------------------------------------------------------------------------------
----> Testy psychologiczne
Odpisz
#4
Hmm...
Gdzieś to wygrzebałam, taki 'objaw' jest do leczenia. To jest jedyne wyjście, żeby pozbyć się tego trzeba przejść długą drogę wspomagając się na terapii i zapewne jakichś lekach anty-lękowych.
Dlaczego właściwie psycholog odpada?
Życzę powodzenia.
Wszystkich innych drzew znałem najlżejsze poszumy,
Tylko to jedno tajni swej mi nie otwarło...
Próżno je ma tęsknota wśród bladej zadumy
Oplata, by w nim duszę ożywić zamarłą.
Odpisz
#5
Ja mam tak samo, ale przez większość czasu jakoś udaje mi się nad tym zapanować... Kiedy jednak się zacznę nakręcać, to koniec, już mam za sobą zwalnianie się z pracy i jazdę do chłopaka, bo nie odbierał telefonu, i łażenie po mieście pół nocy w poszukiwaniu "zaginionego"... Jak sobie z tym radzę? Blokuję wszelkie pojawiające się myśli, co się mogło stać. Jak tylko zacznie mi się wizualizować jakaś możliwa sytuacja, to się zaczyna koszmar... Więc o tym zwyczajnie nie myślę, a jak tylko zacznę, to BAM, daję sobie wirtualnego kopniaka i zaczynam zajmować się czymś innym. Do tego powtarzam sobie, że co ma być to będzie i nie mam na to wpływu, żadnego.

Rada:
- wyobrażać sobie same dobre scenariusze; np. mama nie odbiera telefonu długo -> na pewno zostawiła go w innym pokoju i nie słyszy; rodzina wyjezdza gdzies samochodem -> tata jest dobrym kierowcą, wszystko będzie dobrze, wypadki zdarzają się szaleńczym debilom; mama wychodzi z domu -> to nie Sajgon, ludzie chodzą normalnie ulicami i nic im się nie dzieje, jak wyszła tak i wróci, kosmici raczej jej nie porwą; chłopak długo nie wraca do domu -> zatrzymało go coś dłużej w pracy, zagadał się z kolegami, spotkał po drodze znajomego i poszli na piwo, autobus mu uciekł i idzie piechotą...

- zrozumieć, że nie masz na nic wpływu. Z losem nie wygrasz, co ma być to będzie. Jeśli ktoś z twoich bliskich ma któregoś dnia zginąć w wypadku, to znaczy, że takie jest jego przeznaczenie, że taka jest jego rola we wszechświecie, i że skoro tak ma być to tak będzie i nic na to nie poradzisz. Kłócenie się z losem/Bogiem jest bez sensu, bo są sprawy, których nie pojmujemy i na które nie mamy wpływu. Wiedza i pogodzenie się z nią, że los naszych najbliższych jest w ich a nie naszych rękach, i zwolnienie nas z odpowiedzialności za cudzy los, przynosi ulgę i uwalnia od przytłaczającego obowiązku kontrolowania i pilnowania wszystkich wokół.

- wyjechać na miesiąc za granicę na jakiś bardzo zajmujący np. kurs i nie zabierać ze sobą telefonu -> zero kontaktów z rodziną i znajomymi aż do powrotu. Myślę, że to by ci dobrze zrobiło    :Uśmiecha się: Plus oczywiście psychoterapia, bo samemu z tak zaawansowaną "psychozą" może być trudno sobie poradzić. Trzymam kciuki    :Uśmiecha się:
Odpisz
#6
Ja również często martwię się o swoich najbliższych, boję się, że coś im się stanie lub nagle umrą. Myślę, że w moim przypadku, ten lęk ma dwa główne źródła - po pierwsze, niemożność pogodzenia się ze śmiercią, po drugie - obawa o własny los - co zrobię, kiedy ich zabraknie, nie jestem przygotowana do życia bez nich, przecież sama sobie nie poradzę...
Odpisz
#7
Kachat, ja myślę, że Obskurna_baba świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że jej myśli są irracjonalne , to co się z nią dzieje jest na poziomie emocjonalnym i z czegoś wynika. Nie wydaje mi się, żeby spychanie pewnych myśli w podświadomość coś dało, tym bardziej wyjazd - to nie rozwiązanie problemu, tylko udawanie, że go nie ma.
Trudno nazwać to psychozą " Istotą psychozy jest brak krytycyzmu wobec własnych, nieprawidłowych spostrzeżeń i osądów," .
Obskurna_baba jest z tego co pisze pełna krytycyzmu, czyli jest typem osobowości neurotycznej, a nie psychotycznej.
Też miałam w pewnym okresie myśli, których nie byłam w stanie się pozbyć chociaż zdawałam sobie sprawę z tego, że są irracjonalne. Np. kiedy zostawałam sama w domu i robiło się ciemno, zdarzało się, że nie byłam w stanie normalnie myśleć, tak się bałam, wyobrażałam sobie, że ktoś zapuka do drzwi, albo wydawało mi się, że kogoś widzę przez okno, chociaż był to tylko cień. Trudno mi było nawet wyjść przed dom po węgiel kiedy było ciemno, chociaż w domu byli rodzice. Starałam się to zrobić jak najszybciej i nie oglądać na boki.
U mnie przyczyną tych lęków było napięcie, które gromadziłam w sobie przez dwa lata nie umiejąc poradzić sobie z fobią społeczną - wtedy nawet nie wiedziałam, że to fobia; jak to jest określone na wikipedii - 'unikałam pewnych sytuacji społecznych'. Inaczej mówiąc na dwa lata odizolowałam się od mojej klasy w liceum. Była z tym związana niesamowita ilość negatywnych emocji, energii którą pochłaniał stres.
Było to tak silne, że utrwaliło się w postaci długofalowych skutków stresu - np. irracjonalnego lęku w różnych sytuacjach.
Mi pomógł śmiech. Najpierw zaczęłam się śmiać, a potem stwierdziłam, że jest to logiczne - wcześniej moje zachowanie prowadziło do wytwarzania hormonów stresu, zmuszałam moje ciało aby trwało w bierności, nie pozwalając sobie na żadne spontaniczne działanie. Śmiech jest przeciwwagą, śmiejąc się zaczęłam wysyłać sygnały do mózgu, który z kolei wysyłał sygnały do ciała aby się rozluźniło.
Odpisz



PhobiaSocialis.pl

Forum dla cierpiących na fobię społeczną (lęk społeczny, chorobliwa nieśmiałość, osobowość unikająca, hikikomori). Znajdziesz tu pomoc, informacje i porady, oraz poznasz podobnych ludzi, którzy zrozumieją twoje problemy! Pamiętaj, że nie jesteś sam(a)!

This forum uses Lukasz Tkacz MyBB addons.