- Wiersze Żółwika
#1
Postanowiłem, żeby w tym wątku podzielić się z Wami swoją twórczością. Trochę, żeby się pochwalić (i zarazem wystawić na krytykę), a trochę - żeby nie zginęły gdzieś pomiędzy moją pamięcią, twardymi dyskami i urządzeniami mobilnymi.    :Uśmiecha się:
Te wiersze to zapisy wieloletnich przeżyć, miłości, samotności, refleksji, modlitw - jakaś forma autoterapii. Kolejność niekoniecznie chronologiczna (w przybliżeniu bardziej od nowszych do dawniejszych).



Bezokoliczniki pragnień

Mieć dokąd jechać,
gdzie się zatrzymać i do kogo wracać.
Niematematycznie przyjaźnić się z życiem.

Kogoś uścisnąć przed rozstaniem
i nie rozstawać się na zawsze.
Czuć bliżej niż abstrakcję,
dalej niż banał taniego pocieszenia.

Chcę gdzieś w nieśmiałym słońcu stycznia
wypuścić na chwilę liść.
Przecież i tak jestem bezbronny,
jak bezbronne są bezokoliczniki pragnień.


Twoja we mnie tożsamość

Kim jesteś -
skoro w niezrozumieniu dzielisz ze mną
chwile milczące i ślepe?
Czy bliżej niż wszyscy -
dotykając ran, których innym nie zdradzam?
Czy w nieskończonej oddali -
bo cóż może oddalać bardziej niż niewysłowiona złość?

Którędy idziesz -
że żaden mój spacer nie owocuje spotkaniem?
Czy uciekasz -
jak ja uciekłem w ciebie od świata?
Czy gonisz -
a ja jestem o krok do przodu w upartości?

Lipy

Lipy przybrały kolor tęsknoty,
stróżując kaprysom twojego serca,
chłonąc wołania, lecz bez odpowiedzi,
przyjmując czułość bez odzewu.

Obyście pożółkły, drzewa, i zbrązowiały!
wrzucone w ogień zginęły za karę,
otwierając skarb dla oczu kochających,
przywracając wędrowcowi nadzieję.


Uwikłany w siebie

Uwikłany w siebie
słuchając Pachelbela
nie mam już nic
ciebie już nie ma

Muzyka nie dociera
drzewa ani nie płaczą
ani zieleni nie wznoszą
rzeka nie przybiera

Nie ma majowego chłodu
deszcz nie ozdabia drogi
wspólna podróż nie łączy
koc zbyt krótki dla obojga

Puste będą barwy w żniwa
jak puste były i wtedy
mówiłem wierszem i prozą
słowo się tylko odbiło
...

Próżno dalej się trudzę
bo w tobie nic więcej już nie ma
Dla mnie ta pustka cierpieniem
dla ciebie naturą


Przychodzisz jak mgła wieczorna

Przychodzisz jak mgła wieczorna,
nagle, nie pytając księżyca o zgodę.
Wiesz dobrze, gdzie mnie znaleźć,
jak objąć swym kłębem
i przyćmić latarniane światło.

Wiesz dobrze, nikt nas nie dojrzy.
Sama spowiłaś zasłonę,
której wzrok ludzki nie rozproszy.
Krople twojego pocałunku osiadają
na policzki rumiane od zimna.

Po omacku idę, mając wokół jedynie ciebie.
Nie wiem, gdzie mój dom i gdzie miasto
ani nie wiem, skąd ty przybyłaś.
Cóż ci powiedzieć, abyś nie spierzchła
swawolnie wraz z nastaniem poranka?

Najdroższą mi byłaś przez tę noc wędrówki,
najczulszą, choć przy tobie kroki gubiłem.
A teraz pieścisz wędrowca na innej półkuli.
Czemuś porzuciła?
Czemuż byłaś tylko rojeniem?


Samowystarczalność

Piekło może być tu…
Może pochłaniać ogniem po cichu,
nie zdradzać się żarem ani jękiem,
a jednak zabierać mnie w pustkę.

Tak niewiele trzeba…
Poczuć się gospodarzem siebie,
nie łaknąć od bliźnich uśmiechu
i już zrobię krok ku rozłące.

Niby drobne zmiany…
Przestać przeżywać tak mocno,
czasu nie tracić na poezję -
niebezpieczny krok w obojętność.

Potem już odpłynę bezpowrotnie…
Zajęty pracą bez serca wahań,
bez kryzysu i oczyszczenia -
zakorzeniony w ogrodzie narcyzmu.
___

Jak dobrze, że nie potrafię sobie wystarczyć,
że czuję słabość bezsennych myśli,
gdy umysł ślepnie z niemocy,
gdy jak dziecko wołam o miłość.


Wiszący krok

Każdego dnia przekraczam szczelinę
sroższą niż górskie pęknięcia,
które obrosły mroźną legendą,
stawszy się mogiłą himalaistów.

Między kolejnymi porcjami sedativum
uwięziony w rozedrganiu
trzymam serce na uwięzi -
gotowe samo siebie zranić.

Każdego dnia przekraczam szczelinę
stokroć głębszą niż rów oceaniczny.
Oczy zamknąwszy, stawiam krok bezwiednie

i zwyciężam.

Dawkowanie

Codziennie po ziarenku
lżej z każdym doświadczeniem
bo nie stać mnie na wyrzucenie gruzu
odłamków skruszonego serca

Codziennie po trochę
obsypywać kogoś nieustannie
nie pozwalając się uzdrowić


Modlitwa świętego Walentego

Panie, użycz cierpliwości zakochanym.

Są jak tancerze na linie,
wyciągają ku sobie ręce,
nie czując przepaści

Snu nie znają
męczeni powiek drganiem,
ich oczy wołają o widok drugiego

Są kwiatami na mrozie,
dufni w swoją czerwień,
bez okrycia gotowi rzucić się do biegu

Panie, przypraw ich o rozsądek,
tak wielu już zginęło.


Szafa (I)

W zamkniętym prostopadłościanie lęku
powietrze staje się nieświeże.
Oto istota wykluczenia -
kurczenie się człowieka,
którego sercu nie pozwolono wyjść z miłością.
Skazany jak więzień dusi się
w ciasnym meblu swojej świadomości.

Tak w setkach miast i tysiącach domów
ludziom urządzono współczesne lochy.
W nich drżą stłamszone dusze
czekające na dźwięk otwieranej kłódki.


Szafa (II)

W szafie mojego lęku powietrze staje się nieświeże.
Szczeliny nie wytrzymują bezsilności.
Znikąd nie mogę zassać bezpieczeństwa.

Każda postać ze świata jest tu wrogiem,
duchem strzegącym wyjścia ze skrzyni.

Przyjacielem jest człowiek z myśli,
bezkształtny wybawiciel, który nigdy nie przyjdzie,
który zniknie, gdy sen wypełni przestrzeń.


Effatha


Siedzimy w męczącej poprawności milczenia
zabandażowani wstydem swoich historii
jak dwie mumie szczelnie wetknięte w sarkofagi.

Wytworny opatrunek wyparć i zaprzeczeń
owija naszą słabość nigdy niezakrzepłą,
broni przed wytryśnięciem strumienia tajemnic.

Nie potrafię ci dać więcej niż tylko siebie,
przyjdź ze słowem Effatha, niech przemówią rany,
ich prawda – lustro duszy – trwale nas połączy.


Tęskniąc za faktem

Tęskniąc za faktem,
rozbijam się o powierzchnię złudzeń,
jak motyl zwiedziony przejrzystością szyby.
Czy ktoś uchyli choć jedno z okien – tak naprawdę?

Od kapryśnej strzały Zenona
niewiele dalej się posunęliśmy.
Im śmielej chcemy upłynąć ledwie milę,
piętrzy się i buntuje Posejdon – dumny stróż zagadki.

Żadna bogini nie zdradzi,
w której studni spoczywa metoda.
Choćbyśmy zgłębili właściwą,
skarci nas natura – wieczna nieskończoność.

Lecz w labiryncie prawdy jest miejsce na piękno,
ów przystanek w wysiłku odkrywczym.
Jakże pragnę na powrót być motylem!
Spijać nektar, przemierzać łąkę – nawet przez szybę.


Uśmiech mizantropa


Uśmiech mizantropa do bawiącego się dziecka -
drgnienie serc, zalążek drogi dla obojga.
On znalazł adresata latami skrywanej dobroci.
Ono – obietnicę baśni, w której książęta jeszcze potrafią być mili.

Ukłon ateisty przed monumentalnym kościołem,
często napotykanym, lecz pierwszy raz odkrytym.
Dla niego to nieśmiały szacunek wobec niezrozumiałego sacrum.
Dla osiwiałych murów – radość z wizyty najszczerszego gościa.

Ostatnia skrucha śmiertelnego skazańca -
cynizm wierutny dla krwi żądnych gapiów.
Lecz on dopiero teraz otworzył skarby uczuć.
Oni – tak szybko w zemście je utracili.

Niebiosa, zapłaczcie nad wędrowcami o skrzywionej twarzy!
Obmyjcie, zanim ściana wiatru w proch ich zmiecie.
Przez labirynt życia tacy potępieni,
a naprawdę – tak kochający…


Płatku śniegu

Płatku śniegu w piekle racjonalizmu,
zachowaj się choć chwilę,
nie poddaj się wyjaśnieniom!

Wydało ciebie niebo z miłości,
tej miłości najdoskonalszej.
Czy ostaniesz się przed wyrokiem mędrców,
żeś jest miłością urojoną?

Cudzie natury w krainie bez cudów,
błąkaj się na przekór,
zawlecz cień zdziwienia!

Spadniesz na grzywkę dziecka,
istoty najgodniejszej ciebie.
Czy rzeką o nim, że chore,
omamione naiwnym reliktem bajek?

Przejrzystego świata aniele bez twarzy,
obroń choć jedno dziecięctwo,
pomóż marzycielom marzyć!

Lunatycy w nowiu

Lunatycy w nowiu, spełnieni płaczem
Kroczymy poza jałową drogą rozumu
Ofiarując gwiazdom pląsy dziwacze
My, za brzemię inności wyklęci przez tłumy

Czy przeznaczenie nas ulgą napoi
Przy chwili ostatniej na wspólnym torowisku?
Czy powiew nocy ozdobi koroną
dusze, zanim skorupy rozprysną się w zgliszczach?

Jakkolwiek będzie, uratuj nas, Panie
Przed wyważeniem pychą tajemnych drzwi śmierci
Przed utratą resztek zbawiennego żalu
O którego wyraz serce wojuje w piersi


Na ciernie tarniny

Na ciernie tarniny w przedleśnym gąszczu
Sęp losu nabija padlinę codzienną
Litości żebrzą marzenia o szczęściu
Litość nie spłynie na ich brzuchy rozprute

W pniach pustych jak dziuple straceńców
Kłębią się dymy dusz samolubnych
Tańczą nad popiołem własnych utopii
Miłość nie znajdzie ich i nie zbawi

W sercu lasu buk się stary powalił
I zaraża sąsiadów śmierci łańcuchem
Trzask gałęzi jak muzyka niespełnień
Wdziera się w chłonne ucho gęstwiny

Donikąd prowadzą ścieżki przyblakłe
Kołem opasają siedzibę sumienia
Zewsząd wilgoć unosi swój opar
Przeklęty spokój smutku natury

Obudziłem się po śnie owym trwożnym
Rosą się skroplił sen na policzku
Leżę na łące samotnie bez końca
Ułudy mojej noc wieczna nie zgasi
[-] 4 użytkowników polubił(o) wpis Żółwik:
  • apatiskt, Noele, halala, Szary
Odpisz

[-]
Brak dostępu



Niestety nie masz dostępu do postów w tym dziale. Zarejestruj lub zaloguj się, żeby zobaczyć resztę postów.



Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Piszecie wiersze? Nasza twórczość... :) Fanka_Franco 296 49 976 20 Wrz 2018, Czw 14:40
Ostatni post: smuteczek
  Wasze ulubione wiersze psycholog-pisze 22 5 769 10 Cze 2018, Nie 16:17
Ostatni post: halala
  Moje wiersze Soyokaze 6 1 597 28 Kwi 2016, Czw 19:06
Ostatni post: Soyokaze
  pedrOO -wiersze pedrOO 3 4 829 10 Paź 2009, Sob 21:44
Ostatni post: pedrOO


PhobiaSocialis.pl

Forum dla cierpiących na fobię społeczną (lęk społeczny, chorobliwa nieśmiałość, osobowość unikająca, hikikomori). Znajdziesz tu pomoc, informacje i porady, oraz poznasz podobnych ludzi, którzy zrozumieją twoje problemy! Pamiętaj, że nie jesteś sam(a)!

This forum uses Lukasz Tkacz MyBB addons.